VA – Fifty Shades of Grey (2015), recenzja Zuzanny Janickiej

Dawno już żadna ekranizacja książki nie wzbudziła takich emocji, jak filmowa wersja dzieła E. L. James Pięćdziesiąt twarzy Grey’a. Powieść skierowana głównie do kobiet, szybko stała się bestsellerem, zyskując tyle samo przeciwników, co zwolenników. Porno dla gospodyń domowych, jak zwykło się określać książkę James, w moje ręce nigdy nie trafiło. Nie mam zbyt dużo czasu na czytanie, dlatego uważnie wybieram książkowe pozycje, kierując zawsze swoje kroki w stronę regałów ze szwedzkimi kryminałami. Dlatego też nie przyłączę się do żadnej ze stron Grey’owego konfliktu i nie pochwalę lub nie skrytykuję pisarskich umiejętności E. L. James. Ale soundtrack do filmu bazującego na powieści to już moja bajka.

Twórcy płyty Fifty Shades of Grey zadbali o to, by o ich dziele było głośno na długo przed zapowiedzianą premierą. Na jednym albumie zebrali kilkanaście z pozoru niepasujących do siebie nazwisk. The Rolling Stones obok Ellie Goulding? Frank Sinatra przy The Weeknd? A na dokładkę jeden z czołowych amerykańskich kompozytorów muzyki filmowej? To nie mogło się udać… .

Na album Fifty Shades of Grey trafiło aż szesnaście kompozycji. Kto oczekuje samych nowości, może nieco się zawieść, ale złość z pewnością minie po przesłuchaniu starszych propozycji. Podoba mi się to, że na soundtracku nie znalazły się najbardziej znane piosenki sygnowane nazwiskami Annie Lennox czy Franka Sinatry, a The Rolling Stones na chwilę w szufladce zamknęli przeboje Angie, (I Can’t Get No) Satisfaction czy Paint It, Black. Od wokalistki Eurythmics otrzymaliśmy jej ubiegłoroczny singiel, I Put a Spell on You, będący coverem utworu Screamin’ Jay’a Hawkinsa. Jej wersja zachwyca nie tylko emocjonalnym wykonaniem, ale i wspaniałą aranżacją. Moje serce zdobyło również Witchcraft Franka Sinatry. Swingujący numer, mimo upływu lat, wciąż brzmi całkiem aktualnie. Podobnie zresztą jak blues rockowe Beast of Burden The Rolling Stones z lat 70.

Do nowości ciężko też zaliczyć piosenki Beyonce i Laury Welsh. Na szczęście udostępniono nam je w zmienionych wersjach. Od królowej r&b posłuchać możemy odświeżonego Haunted z imiennego albumu-niespodzianki. Tak jak oryginał uwielbiam, tak remix zupełnie mi nie podszedł. Inaczej sprawa ma się z Crazy in Love. Przystępna, ale nieco trącąca banałem piosenka stała się klimatycznym, mocnym numerem, charakteryzującym się hipnotyczną wręcz melodią i opętanym wykonaniem Beyonce. Z kolei Laura swój kawałek Undiscovered wykonywała już na żywo, ale dopiero wersja studyjna faktycznie mi się spodobała. Ta lekko rhythm’and’bluesowa piosenka pasowałaby i na JHUD Jennifer Hudson.

Z premierowych nagrań, które powstały specjalnie na potrzeby filmu, moje uwielbienie rozłożyło się po równo między Jessie Ware, grupę AWOLNATION oraz Się. Brytyjska wokalistka zaskoczyła eleganckim, ale nie pozbawionym pieprznego pierwiastka Meet Me in the Middle. Znana z niemalże epickiego Sail formacja AWOLNATION zaprezentowała nam zwiewny, gitarowy, folkowy numer I’m on Fire. Pod płaszczykiem akustycznego grania skrywają się jednak ledwo wyczuwalne elektroniczne dźwięki. Całość, choć brzmi prosto, robi spore wrażenie. Zachwyca także Sia. Już nie raz udowodniła, że w balladowym repertuarze czuje się jak ryba w wodzie. Na pierwszy rzut ucha jej Salted Wound nie powala na kolana. Wystarczy jednak porządnie się wsłuchać, by wychwycić wszystkie smaczki, które tworzą ten utwór, do których należy chociażby stonowany, nieco przygaszony wokal Sii.

Na wokalne szaleństwa pozwoliła sobie Skylar Grey w mocnej balladzie I Know You. Dobre wrażenie robi również nowoczesny numer One Last Night Vaults. Do klimatu filmu idealnie pasuje The Weeknd. Nic więc dziwnego, że znajdziemy tu aż dwie jego kompozycje. Jego twórczość jest niesamowicie sensualna, pościelowa, przesiąknięta zmysłowością. Idealna do słuchania po zmroku. Te cechy bardziej czuć w rhythm’and’bluesowym, wzbogaconym orkiestrową melodią Earned It, aniżeli spokojniejszym Where You Belong, ale obie propozycje Kanadyjczyka należą do najciekawszych momentów płyty Fifty Shades of Grey. O ile piosenek The Weeknd słucham z wypiekami na twarzy, tak ziewać zaczynam przy… Ellie Goulding. Brytyjska wokalistka nagrała może jeden z najlepszych utworów w swojej karierze, ale synthpopowe Love Me Like You Do jest za radiowe, za lekkie, za dziecinne.

Ilość znanych nazwisk, które pojawiają się na soundtracku, zagwarantowała płycie wielki rozgłos. Chociaż dziwić może zestawienie Annie Lennox obok Laury Welsh czy Franka Sinatry przy Beyonce, twórcy soundtracku Fifty Shades of Grey wykazali się niebywałym sprytem i wyczuciem. Tej mieszanki naprawdę dobrze się słucha. Jeden z najbardziej przyciągających i nietuzinkowych soundtracków ostatnich paru lat.

fifty-shades-of-grey-soundtrack-2015

Czytaj również