Eony Snu to już dziesiąty album Urszuli. Artystka postanowiła zaskoczyć wszystkich i po latach nostalgii znów tryska świeżością i energią. Tym razem, występuje nie tylko w roli wokalistki, ale również autorki tekstów, współkompozytorki kilku piosenek i współproducentki całości.
Na płycie znajdziemy dwanaście kompozycji, które w większości stworzył współproducent i gitarzysta Piotr Mędrzak. Nagrania powstawały na sprzęcie analogowym, w górskim Red House Studio. Warto również dodać, że nad materiałem pracował Greg Calbi, znany ze współpracy między innymi przy płytach Johna Lennona. Album ten, stylistycznie miał nawiązywać do wyjątkowo przebojowej i docenionej Białej Drogi, wydanej w 1996. Niestety brakuje na nim hitów na miarę tamtego albumu, który cały przepełniony był melodyjnymi i niebanalnymi kompozycjami. Eony Snu, to przede wszystkim brak tak dobrych i przemyślanych tekstów jak dawniej. W jednym z wywiadów wokalistka wspomina na ten temat i zaznacza, że nie jest zawodowym tekściarzem i nie ma nawyku zbierania tekstów. Twierdzi również, że najpierw musi usłyszeć muzykę. Podobno na Eony Snu pisanie tekstów przyszło naturalnie, a artystka czerpał z życia. Może w takim razie Urszula powinna pomyśleć o zatrudnieniu zawodowego tekściarza?
Eony snu z pewnością na sen dobre nie są, bo zamiast ukołysać rozbudzą. Skąd więc ta nazwa? Według Urszuli to przenośnia tego, że jesteśmy w ciągłej, wielkiej podróży i wszystko jest zagadką, ale mamy dużo czasu na jej rozwiązanie, ponieważ istnieje wieczność. Tytułowa piosenka, Eony Snu otwiera album i od razu przekonuje nas, że Urszula postawiła na dawne, energiczne brzmienie. Niestety już w połowie utworu robi się nudno, a przyjemny głos wokalistki zaczyna męczyć. Na szczęście z ratunkiem przychodzi rockowe i wesołe Pasujesz Mi, niczym z lat 80-tych. Ta prosta kompozycja, z chwytliwym tekstem, natychmiast nastraja w pozytywny nastrój. Bez wątpienia stanowi jeden z lepszych utworów tej płyty. Podobnie jak Kamienie, z fantastycznymi chórkami, które nadają ogromnego uroku. Równie punkowe i żywiołowe jak Pasujesz Mi jest Nie Masz Nic.
Na albumie nie brakuje również ballad. Jedną z nich jest na pewno Wiara. Bardzo przyjemnie się słucha tej kompozycji, ale niczym wyjątkowym się ona nie wyróżnia. Za to na szczególną uwagę zasługuje singiel – Miłość. Kompozycja ta, to nowa wersja utworu I Really Have to Go. Nie odzwierciedla jednak charakteru całego krążka. Urszula zapytana o Miłość, mówi:
To miał być bonus, nasz ukłon w stronę przeszłości i Stasia. Ja chciałam wyjść na początek z jakąś mocną piosenką, zupełnie inną niż do tej pory, na zasadzie szoku.
Ocean Łez, jest równie ckliwy i melodyjny jak Miłość. Swoją lekkością porywa nas do lepszego świata. Jednak najlepszą z ballad i najlepszą w ogóle, na tej płycie piosenką jest My Way Home. Ta jedyna piosenka w anglojęzycznej wersji idealnie zamyka album pozostawiając nas w przekonaniu, że warto do niego wrócić chociażby tylko ze względu na nią.
Dopasowane gitarowe kompozycje idealnie współgrają z lirycznym głosem Urszuli. Jednak momentami album ten może nudzić, męczyć i zlewać się w jedną długą piosenkę. Wokalistka zdecydowała się na powrót do korzeni, szkoda tylko, że zrobiła to w tak banalny i nudnawy sposób.


