Pomimo braku śniegu za oknem (mieszkam w Krakowie, nie wiem jak u Was wygląda ta sytuacja), kalendarz wiszący nad moim biurkiem wskazuje już prawie zimę. Jest to czas, kiedy najważniejsze telewizyjne produkcje zapadają w sen, by powrócić do nas już wiosną. To dla mnie dobry moment, by zastanowić się, po co w naszym kraju te wszystkie muzyczne talent show? Jak sama nazwa wskazuje: powinny one kreować dziesiątki gwiazd, dla których polskie estrady miałyby stać otworem. Póki co, stworzyły kilka gwiazdek, z których – na w miarę wysokim poziomie – przetrwało pięć, może sześć. To trochę mało, co nie?
Mój dzisiejszy felieton będzie długi (o ile nie bardzo długi), ale to dlatego, że chcę maksymalnie wyczerpać temat. Sam nie cierpię epopei pojawiających się na różnego rodzaju portalach, ale bardzo proszę: przeczytajcie ten tekst do końca. Dowiecie się z niego dużo istotnych faktów, które rzucą dla Was nowe światło na talent show. Co bardzo ważne – spojrzałem na ten rodzaj telewizyjnych formatów nie z perspektywy widza, producenta, czy kogoś tam jeszcze, tylko samego uczestnika. Oczywiście nigdy nie brałem udziału w tego typu produkcjach (choć plany były, ale więcej na ten temat w dalszej części felietonu), ale znając realia telewizji oraz przeglądając regulaminy tych show, nie jest mi trudno wcielić się w tę rolę. Poza tym, znam osobiście kilkoro z uczestników, których kariery po udziale w programie nie ruszyły nawet o krok.
Polska
Polskie talent show (oczywiście żaden nie został wymyślony przez Polaków, ale uznajmy, że w tekście tym będę je nazywał polskimi talent show) wyniesione zostały przez mnóstwo ludzi na muzyczny piedestał, gdyż uważa się, że tworzą i promują największe w naszym kraju talenty. Nie mogę stwierdzić, że zupełnie tak nie jest. W przeciągu kilku ostatnich lat pojawiło się paru artystów – takich jak Dawid Podsiadło – którzy bez strachu, z kopniaka wtargnęli na rodzime salony. Lecz według mnie, to zdecydowanie za mało. Nie po to tworzy się kilka edycji każdego z nich, by na rynek wysłać 6 osób. A może w tych programach wcale nie chodzi o artystów? Może są one jedynie kolejnym telewizyjnym projektem, dla którego najważniejsza nie jest ilość wykreowanych gwiazd, tylko liczba zer w dziale księgowości?
Zacznijmy od samego początku. Żeby w ogóle móc wziąć udział w jakimkolwiek talent show, trzeba przeczytać jego regulamin i wypełnić formularz zgłoszeniowy. W tym momencie posłużę się swoją własną historią. Parę lat temu, gdy jeszcze chodziłem do liceum (wbrew pozorom nie było to aż tak dawno), wraz z kolegami grałem w pop – punkowym zespole. Jako, że w jednym z programów tego typu (celowo nie będę podawał jego nazwy, ale chyba każdy z Was będzie wiedział, o który chodzi) mogły występować zespoły – a nie tylko sami wokaliści – postanowiliśmy wysłać zgłoszenie. Byłem nieformalnym liderem kapeli, dlatego postanowiłem się tym zająć. Wszedłem na stronę Internetową, pobrałem formularz i zacząłem go czytać. Nie wiem jak wyglądają one teraz, ale podejrzewam, że przez 2,5 roku niewiele się w tej kwestii zmieniło. Było tam oczywiście mnóstwo mało istotnych punktów, ale dwa okazały się dla mnie swoistymi petardami. Po pierwsze: jeżeli wzięlibyśmy udział w show, musielibyśmy się zrzec praw do wizerunku. Co to w tym przypadku oznacza? Ni mniej, ni więcej tyle, że stacja mogłaby wykorzystywać nasze nagrania (zarówno audio, jak i ewentualnie te zrealizowane w czasie kręcenia show) w reklamach telewizyjnych, radiowych, czy Internetowych, promujących program. Gdy w normalnych warunkach za korzystanie z takich rzeczy płaci się właścicielom pieniądze, my – jako przyszli uczestnicy – musieliśmy się tego dobrowolnie zrzec. Już sam ten fakt sprawił, że odechciało mi się targać ciężki sprzęt na casting, a kolejny punkt jedynie przekonał mnie do słuszności tej decyzji. Mówił on, że w momencie, gdy wysłalibyśmy zgłoszenie, i przeszlibyśmy etap pre – castingów, musielibyśmy być do dyspozycji stacji od lipca do grudnia bieżącego roku. W momencie, gdybyśmy nie zastosowali się do tego zapisku, czekały by nas niemiłe konsekwencje. Wypisali tam oczywiście dokładne daty obowiązującej umowy, ale teraz ich już nie pamiętam. Okres od lipca do grudnia to 5 miesięcy. W tym czasie musielibyśmy być na każde zawołanie stacji, i to nie tylko w weekendy, w piątki, czy soboty. Każdego dnia! Jak w takim razie zaplanować sobie koncerty, wakacje, nie wiem, wypad z dziewczyną do kina, skoro przez prawie pół roku byłoby się związanym ściśle z jedną telewizją? Wiadomo, że nie kazaliby przychodzić godzinę przed kręceniem jakiejś audycji, ale taki wymóg to duża przesada, zwłaszcza dla artysty, który chce przecież grać jak najwięcej koncertów. Dlatego po przeczytaniu regulaminu od razy zadzwoniłem do reszty składu, i jednogłośnie podjęliśmy decyzję o olaniu tego. Po co mielibyśmy godzić się na takie warunki, skoro niewiele byśmy na tym zyskali? Nie czułbym się dobrze widząc swoją kapelę w reklamie, która miałaby promować show ze świadomością, że nic z tego nie mam. To samo tyczy się drugiego zapisku: bycie przez 5 miesięcy niewolnikiem raczej nie było dla mnie świetlaną wizją. To pokazuje, że dla talent show uczestnicy nie są nieoszlifowanymi diamentami, które z przyjemnością chcieliby zamienić w muzyczne brylanty, tylko pionkami, które za darmo tworzą ich wielkie produkcje, przynoszące wielomilionowe zyski.
Pomimo powyższych chamskich zapisach w regulaminie, tysiące osób decyduje się wziąć udział w tych programach. Kusi ich możliwość pokazania się wielomilionowej publiczności, która – w zamyśle – będzie przychodziła na ich przyszłe występy. By zobaczyć, jak zamiary weryfikuje rzeczywistość, wystarczy przejść się po krakowskim rynku i prowadzących do niego uliczkach. Co pub, to plakat, że „wystąpi u nas Jan Kowalski, uczestnik programu X”, „już w ten czwartek Anna Kowalska, uczestniczka talent show Y wraz z zespołem. Wejście: 5 zł”. Niestety, udział w tych „wspaniałych” i „otwierających drzwi do wielkiej kariery” programach kończy się w większości przypadków właśnie tym – graniem do kotleta. Uwierzcie mi – występowanie w krakowskich, warszawskich, toruńskich – jakichkolwiek knajpach – nie jest ani wielkim marzeniem artysty, ani dochodowym biznesem. Stawki oscylują od 80 zł do 400 zł za wieczór. Jeżeli w zespole grają np. 4 osoby, łatwo policzyć, że do kieszeni występującego wpada niecała stówka… Czy to jest ta sława, którą rzekomo dają talent show? Oczywiście są tacy, którym się udało – Dawid Podsiadło, Ewelina Lisowska, Enej, LemON i paru jeszcze innych wykonawców, zdobyli listy przebojów – a co najistotniejsze – fanów, którzy przychodzą na ich koncerty. Jednak, jeżeli zsumujemy wszystkie sezony wszystkich talent show po erze Idola, to wyjdzie nam dobre dwadzieścia parę edycji. A fakt, że wyszło z nich maksymalnie 10 artystów, którzy jako tako radzą sobie na rynku, to moim zdaniem wynik bardzo słaby. Tu rodzi się pytanie: dlaczego tak się dzieję?
Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na brak sukcesu nakłada się wiele czynników. Jednym z nich jest fakt, że młodzi artyści nie mają pojęcia, jak pokierować swoimi karierami. Dlatego uważam, że wina leży po stronie tzw. „opiekunów” (wiadomo, o które programy chodzi), którzy po zakończeniu show pozostawiają swoich podopiecznych bez żadnej pomocy. Sama Ewelina Lisowska, będąc w programie u Kuby Wojewódzkiego wypomniała mu właśnie ten fakt. A co on na to? Odpowiedział, że kiedyś załatwił Adzie Szulc (jego podopiecznej w pierwszej edycji pewnego programu) spotkanie z managerem, lecz ta wolała grać koncert w którejś z galerii handlowych. Ok, miał prawo mieć do niej żal, że nie skorzystała z jego pomocy. Ja chciałbym mu jednak zadać takie pytanie: skąd Ada Szulc miała brać pieniądze na życie? Nie każdy przecież posiada taką pozycję jak Wojewódzki, mający miesięczną pensję rzędu 130 tysięcy złotych. Z tej perspektywy bardzo łatwo jest oceniać ludzi. A Ada – jako, że postanowiła zarabiać poprzez śpiewanie – musiała przyjmować takie propozycje. Wykorzystywała swoje 5 minut maksymalnie, nawet, jeśli oznaczało to występowanie na Urodzinach Galerii X, czy Dniu Matki z Galerią Y. Może byłoby inaczej, gdyby szanowni „opiekunowie” im chociaż trochę pomogli? W całym kręgu jurorów w miarę pozytywnie wygląda Tatiana Okupnik, która po zakończeniu jednej z edycji wiadomo jakiego programu, nagrała singiel z Dawidem Podsiadło. Przez to – w jakiś sposób – pomogła mu w adaptacji na muzycznym rynku. Ale jest to niestety odosobniony przypadek. Większość z nich, w momencie zakończenia którejś z edycji, wsiadając do swojego cholernie drogiego samochodu, i opuszczając studio telewizyjne, zostawia swoich podopiecznych bez żadnej pomocy. A to przecież dzięki ludziom występujących w talent show, one w ogóle istnieją. Więc skoro Wojewódzki, Mozil, czy inny Rogucki, dzięki nim zarabiają grube pieniądze, to chyba wypadałoby im chociaż trochę pomóc?
Poza Polską
Skoro jestem już przy temacie wspierania swych podopiecznych, to rzucę szybko okiem, jak to wygląda na zachodzie. Otóż, One Direction – znani chyba nam wszystkim (nawet mnie, który jest zagorzałem fanem muzyki rockowej) – zajęli 3 miejsce w VII edycji brytyjskiego X – Factora. Ciekawe, jak potoczyłaby się dalsza kariera tej piątki chłopaków, gdyby Simon Cowell – ich opiekun – nie zaproponowałby im podpisania kontraktu w swojej wytwórni. Kolejny przykład to PJ Morton. Wygrał on jedną z edycji amerykańskiego The Voice, będąc podopiecznym Adama Levine’a z Maroon 5. Lider tej amerykańskiej grupy nie ograniczył się jedynie do udzielania lekcji śpiewu w czasie trwania programu – po zakończeniu sezonu zatrudnił Mortona jako klawiszowca i wspierającego wokal w swojej kapeli. I tak od 2012 roku, PJ jest oficjalnym członkiem jednego z najbardziej popularnych popowych zespołów na świecie. Jak widać – da się pomóc młodym gwiazdom. Wystarczy tylko chcieć.
X Factor
Z definicji, muzyczne talent show powinno szukać osób, które posiadają umiejętność śpiewania. Prawda jest jednak zupełnie inna. Nie wiem czy wiecie, ale studiuję obecnie dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, dzięki czemu na zajęciach dowiaduję się rzeczy, o których nie każdy spoza mediów może wiedzieć. Gdyby większość społeczeństwa zdawała sobie sprawę, jak wygląda tworzenie takich programów i selekcja uczestników, to nie wiem, czy chcieliby je nadal oglądać. Ja już dawno przestałem. Do czego zmierzam: talent show wcale nie poszukują dobrych wokalistów, tylko ludzi z dobrymi historiami. Innymi słowy: jeżeli umiesz śpiewać, to nie wystarcza – musisz mieć interesujący życiorys, który będzie przewodził twojemu udziałowi w programie. Nie trzeba głęboko szukać potwierdzeń – wystarczy prześledzić listę wszystkich zwycięzców pewnego programu pewnej stacji telewizyjnej, który – na szczęście – zdjęto już z anteny. Oto oni, i ich krótko streszczone historie:
- 1 edycja: Gienek Loska – emigrant ze wschodniej Europy, występujący do tej pory na ulicy. Dzięki udziałowi w show ze streeta, przeniósł się na estradę (co nie do końca jest prawdą, bo sam byłem na jednym z jego koncertów w dużym rzeszowskim klubie, zanim w ogóle wziął udział w programie).
- 2 edycja: Dawid Podsiadło – bezdyskusyjnie: najlepszy wokal w historii całego show. Jednak w czasie drugiej edycji cały czas wałkowany był jego udział w 1 sezonie programu, kiedy to odpadł w boot – campach po słabym występie, spowodowanym stresem. Połowa drugiej edycji to było podniecanie się jurorów, że po takim ciosie potrafił się podnieść, i pokazać swoją siłę.
- 3 edycja: Klaudia Gawor – licealistka, która mimo matur, potrafiła pogodzić występy na żywo w show z pisaniem egzaminów dojrzałości. Cała Polska zadawała sobie wtedy pytanie: zda maturę, czy nie zda? Zdała.
- 4 edycja: Artem Furman – Ukrainiec. Tu chyba nie trzeba wyjaśniać jego historii – kryzys w rodzimym kraju. (Abstrahując od tragicznej sytuacji za naszą wschodnią granicą, niesamowitą żenadą był jeden z odcinków, kiedy to jurorzy postanowili jednogłośnie nie oceniać występu Furmana z – jak to nazwali – „oczywistych powodów”. Rzeczywiście, wojna w rodzinnym kraju nie jest fajną sprawą, ale – do cholery – to było talent show, czy program z cyklu Urzekła mnie Twoja historia?).
Sami chyba widzicie, że moje tezy nie są wyssane z palca. Poza tym, na pewno nie raz, nie dwa, zastanawialiście się: dlaczego to właśnie on/ona odpadła, przecież on/ona o wiele gorzej zaśpiewała? Tak właśnie działają muzyczne talent show – wokal to tylko połowa sukcesu.
W dzisiejszym tekście trochę się poznęcałem nad wszystkimi programami poszukującymi – w teorii – przyszłe gwiazdy polskiej muzyki, ale to jeszcze nie koniec. Ostrzegałem – będzie to długi felieton. Ale obiecuję – to już ostatnia kwestia.
Kasa.
Wiem, niby pieniądze się w życiu nie liczą, ale dobrze wiemy, jak jest. Otóż, z tego co się pamiętam, zwycięzca którejś z edycji któregoś z talent show otrzymuje kontrakt płytowy oraz 100 tysięcy złotych. Kontrakt płytowy – świetna rzecz, jak najbardziej przydatna wschodzącej gwieździe. 100 tysięcy złotych – to już jest splunięcie wygranemu w twarz. Oczywiście takie pieniądze są ogromną kwotą dla przeciętnego obywatela, ale w realiach komercyjnej telewizji – to totalne grosze. Całkowite koszta realizacji jednego reportażu do Uwagi! to ok. 30 000 zł. Oglądaliście ten program nie raz, więc zauważyliście, że średnio na jeden odcinek przypada jeden taki reportaż. Uwaga! nadawana jest od poniedziałku do piątku. Zatem tygodniowy koszt realizacji tych reportaży wynosi 150 tysięcy złotych. Zwycięzca programu trwającego prawie 3 miesiące, generującego miliony zysku, otrzymuje 100 tysięcy złotych. A przecież te show bez uczestników – czyli między innymi wygranego – nie mają prawa istnieć. Czy w takim razie to nie jest splunięcie w twarz? Co najlepsze, to nie stacja wykłada te pieniądze, tylko sponsor programu, wymieniany w czasie trwania odcinka. Stara, ekonomiczna zasada maksymalizacji zysków i minimalizacji strat, w tym przypadku, sprawdza się w 100 procentach. Tylko gdzie w tym wszystkim szacunek dla uczestników, będących sercem talent show?
Uff, dobrnąłem do końca. Tak wiem, to był naprawdę cholernie długi tekst. Jeżeli dotarłeś do tego momentu Drogi Czytelniku, to wiedz, że bardzo Ci dziękuję. Obiecuję, że następne moje felietony będą krótsze. Tak jak pisałem na samej górze – chciałem wycisnąć z tego tematu wszystkie soki, żeby jak najszerzej opisać swoiste patologie, jakie istnieją w muzycznych talent show (nie tylko tych nastawionych na śpiew). Sami możecie zobaczyć, że format ten powoli podupada. Co chwila kolejne stacje rezygnują z programów nastawionych na wokalistów, i szukają nowych sposobów, by dotrzeć do widza. Nie wiem tylko, czy jest to spowodowane tym, że ludzie nie chcieli być dłużej jeleniami, i przestali wykazywać chęci udziału w tych chorych programach, czy tym, że oglądalność tych produkcji z sezonu na sezon spadała. Chciałbym wierzyć, że to pierwsze, ale rozum podpowiada, że – niestety – to drugie.
***
PS. Jako, że jest to mój ostatni tekst przed Bożym Narodzeniem, to życzę wam Drodzy Czytelnicy All About Music zdrowych i rodzinnych Świąt oraz żebyście się najedli mnóstwem dobrego jedzenia. Tylko nie za dużo, bo redukcja zbędnej masy ciała to nieprzyjemny proces.



