Twórczość Mery Spolsky, Ralpha Kaminskiego i Doroty Masłowskiej – o tym, dlaczego Polska nie jest na to gotowa. Felieton Kasi Derezińskiej

Większość miłośników polskiej sceny muzycznej mogła zauważyć, że artyści w naszym kraju nie mają łatwo. Jeśli w ogóle bycie muzykiem jest łatwe gdziekolwiek. Postanowiłam podjąć temat, o którym, mam wrażenie, wszyscy wiedzą, ale nikt nie powie głośno. Temat przełamywania szablonów, przekraczania granic. A właściwie to jakich granic? Pewnie w głowie niejednego czytelnika pojawi się teraz słowo „przyzwoitość”. Postawmy więc pytanie: czym jest przyzwoitość i kto ją wyznacza? Czemu jedna rzecz jest normalna, a druga nie? Dokładnie te same pytania nasuwają mi się, gdy spotykam się z opiniami ludzi na temat muzyki Mery Spolsky, Ralpha Kaminskiego i Doroty Masłowskiej

Mery Spolsky – królowa „nagości i zgorszenia”

Przyznam się, że nie lubiłam twórczości Mery, gdy spotkałam się z nią po raz pierwszy. Wydawała mi się taka dziwna, przerysowana, za mocna. Wtedy sama nie wiedziałam, kim jestem, nie wiedziałam, w jakim świecie żyję. Parę miesięcy później wsiadałam do samochodu i jeździłam bez celu tylko po to, by zaśpiewać cały Dekalog Spolsky. Musiałam dojrzeć do tego, żeby zrozumieć: Mery pokazuje kobietom, że nie muszą się bać wyjść z domu w wysokich obcasach, cekinowej sukience, z czerwoną szminką na ustach. Wtedy Spolsky wystąpiła na finale Top Model z piosenką Sorry From The Mountain. Gdy dzień później zobaczyłam komentarze pod nagraniem występu w social mediach, nie mogłam uwierzyć. „Co to za muzyka?”, „Kto ją wpuścił na scenę?”. Pomyślałam wtedy: „Ludzie mają zamknięte oczy, nie rozumieją”.

Druga sytuacja, która mocno dała mi do myślenia to słynne „nagość i zgorszenie” na Live Act’ie w Toruniu. A wszystko poszło o to, że artystka pojawiła się na scenie w… cielistych bodach. Z falą krytyki Mery Spolsky spotyka się zapewne od początku i tak trwa do dziś. Ale dlaczego o niej piszę w tym artykule? W dobie Internetu, gdzie dziewczynki, nastolatki i kobiety, chłopcy, nastolatkowie, mężczyźni i wszystkie osoby są non stop zalewane zdjęciami idealnych ciał, relacjami z perfekcyjnych żyć, postami o tym, że życie zawsze jest usłane różami, trudno jest być pewnym siebie i znać swoją wartość. Mery Spolsky wyróżnia prawdziwość – to, o co dziś bardzo ciężko. Społeczeństwo nie jest na to przygotowane przez zakorzenione stereotypy: kobiety, która musi słuchać ckliwych ballad o miłości, ubierać się w kwieciste sukienki i nie może używać brzydkich słów, bo „nie wypada”. Mery głośno śpiewa o tym, co lubi, a czego nie lubi, dumnie wychodzi na scenę w wysokich obcasach i pokazuje, że dziewczyny też lubią techno! Poza tym świetnie bawi się słowami, ma nienaganną dykcję, a sam pomysł na projekt jest bardzo oryginalny.

Ralph Kaminski, czyli „wynalazek” i „tęczowa propaganda”

Bez cienia wątpliwości mogę napisać, że Ralph Kaminski, a właściwie Rafał, jest posiadaczem jednego z najlepszych głosów. Zachwycił już na pierwszej płycie Morze, ale prawdziwa jazda zaczęła się dopiero przy drugim albumie. Wtedy jego wizerunek mocno się zmienił – pojawiły się dłuższe blond włosy z grzywką, nieoczywiste outfity. Odbiór tej postaci ma się podobnie do Mery Spolsky – z hejtem mierzy się od samego początku. Przywołam jednak sytuację, która miała miejsce całkiem niedawno. Chodzi tutaj o występ Ralpha w telewizji podczas koncertu „Uroczysty Wodecki”. W wykonaniu Kaminskiego mogliśmy usłyszeć utwór wszystkim dobrze znany: Chałupy Welcome To. Po raz kolejny w komentarzach pod występem można było poczytać dość dużo ciekawych, ale przykrych zdań – „Wodecki się w grobie przewraca”. Dlaczego? Bo w końcu na scenę wyszedł ktoś, kto ma osobowość, kto wyraża siebie w każdym elemencie swojego występu? W moim odczuciu właśnie tak wygląda sztuka: nie ma granic, jest celem sama w sobie. Teraz znowu pomyślcie o stereotypie mężczyzny. Ralph Kaminski absolutnie od niego odchodzi i jest niezrozumiany. Pokazuje na scenie męską delikatność, lubi eksperymentować z modą, ale zawsze wygląda elegancko. Komentarze typu: „Co to jest?” są kolejnym przykładem tego, w jak bardzo zamkniętym społeczeństwie żyjemy.

„Arogancka” i „prostoduszna” Dorota Masłowska

Przeciętny użytkownik internetu (przynajmniej z mojego pokolenia) kojarzy Maslowską z hitu YouTube ’a, czyli piosenki Chleb i teledysku z udziałem Anji Rubik. Właściwie większość pewnie nawet nie wie, że Mister D. to tylko pseudonim Doroty Masłowskiej. Pośmialiśmy się, faktycznie zabawne. Przyjrzyjmy się trochę głębiej. Po co Dorota Masłowska, która w wieku 19 lat wydała książkę, o której mówiła cała Polska, miałaby robić takie coś tylko dla tzw. beki? Wspomniany utwór to tylko jeden z singli albumu Społeczeństwo jest niemiłe. I właśnie o tytułowym społeczeństwie pisze Masłowska.

Autorka jednak nie znika ze sceny i dołącza do wytwórni SBM, która wyda jej album jeszcze w tym roku. Dużo szumu było wokół pierwszego singla Motyle. Tym razem nie jako Mister D., ale po prostu DOROTA. Piosenka z tekstem napisanym dość prymitywnym językiem była nazwana „a-słuchalną”, bo „nic się nie rymuje”. Interpretacja utworów tak charakterystycznej osoby, jak Masłowska, jest dziś zbyt płytka, dosłowna i przez to niezrozumiana.

Dlaczego polskie społeczeństwo nie jest gotowe na takich artystów jak Mery Spolsky, Ralph Kaminski czy Dorota Masłowska? Odpowiedź jest prosta: za bardzo lubimy prostotę i to, co nam znane. Nie poszerzamy horyzontów, nie doszukujemy się sensów. Chcemy dostać taką muzykę, jaką rozumiemy. Chcemy artysty z pięknym, wyćwiczonym głosem, schludnie ubranego, śpiewającego o bezgranicznej lub tragicznej miłości, o pięknym lub smutnym życiu. Mam nadzieję tylko, że będę świadkiem momentu, gdy się obudzimy z tego chocholego tańca banalności i przystępności.

Czytaj również

Najczęściej czytane