Mało kto słyszał prawdopodobnie o kimś takim jak Tusks. A szkoda, bo ta początkująca artystka ma wiele do powiedzenia. Od początku swojej kariery wydała już dwie EPki, a teraz przyszedł w końcu czas na jej debiutancki krążek. Poznajcie tę utalentowaną Brytyjkę i jej najnowszy album – debiut, po prostu Dissolve.
Emily Underhill, czyli Tusks to młoda brytyjska wokalistka, która popularność zdobyła po wydaniu swojej pierwszej EPki – Ink, którą w serwisie Spotify odtworzyło ponad milion osób (w tym ja). Coś co od razu urzekło mnie w muzyce tworzonej przez artystkę to niesamowita tajemniczość i eteryczność, jak również jej cudowny głos. Z tego powodu bardzo długo czekałam na jej debiutancki album, byłam ciekawa, co ze sobą przyniesie. I w końcu nadszedł ten moment. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Dissolve spełniło wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej. Zacznijmy jednak od początku.

Muzyka Tusks określana jest jako dance/electronic, ja jestem jednak bardzo przeciwna takim stwierdzeniom. Dla mnie wokalistka reprezentuje gatunek indie, jej kompozycje są eteryczne, tajemnicze, a całość emanuje spokojem. Nie wiem więc skąd takie opinie, gdyż nie jest to zdecydowanie typ muzyki do tańczenia w klubie i tym podobne.
Krążek rozpoczyna się bardzo enigmatyczny utwór – For You i choć nie jest to jakiś najlepszy kawałek, to od razu wprowadza nas w charakterystyczny klimat, który będzie nam towarzyszył przez cały album. Ta atmosfera spokoju, tajemnicy, melancholii pozwala się zrelaksować podczas słuchania i dodaje całości jeszcze większego uroku. Następne kompozycje – zarówno singlowe False i Dissolve, jak i Last wypadają przeciętnie, choć ogromnie wiele zyskują przy drugim, trzecim przesłuchaniu. W mojej opinii właśnie ta przeciętność i monotematyczność jest największym problemem całego wydawnictwa. Część piosenek jest bardzo podobnych do siebie, przez co w ogólnym rozrachunku nie wyróżniają się niczym konkretnym.
Do utworów, które szczególnie mnie ujęły należą 1807, Paris i Toronto. Wszystkie, co ciekawe, znajdują się w drugiej części albumu. I jest to pewna prawidłowość – kawałki z końca są o wiele lepsze, bardziej interesujące, mniej przeciętne. A trzy, które wymieniłam wyżej już tym bardziej, przynajmniej według mnie. Każdy z nich jest inny, ma w sobie coś wyjątkowego. Składa się na to zarówno linia melodyczna, budowanie z jej pomocą aury tajemniczości, jak i przepiękny głos Tusks, który świetnie wpasowuje się w całość. To o czym śpiewa wokalistka też ujmuje, jej teksty są bardzo emocjonalne.
Nie ma z kolei, na Dissolve, utworu, który w jakiś sposób, by mi się nie podobał, szczególnie mnie denerwował czy po prostu był zły. Są tu kompozycje bardzo, bardzo dobre, dobre i przeciętne. Trudno mi z kolei wskazać coś, co mi nie pasuje. Zaznaczę jedynie, że (jak już pisałam) druga część krążka (od 1807 do końca) jest zdecydowanie lepsza.
Tusks stworzyła piękny album, któremu można jedynie zarzucić monotematyczność (ale tylko do pewnego stopnia) – niektóre kawałki brzmią po prostu bardzo podobnie. Części utworów już nie pamiętam, większość będę natomiast nucić jeszcze przez długi czas. Całościowo jednak jest to bardzo dobry debiut, który ustawia poprzeczkę wysoko, chociaż jestem głęboko przekonana, że wokalistka jeszcze nie raz ją przeskoczy i podniesie jeszcze wyżej, dlatego czekam z niecierpliwością na jej kolejne wydawnictwa. A w międzyczasie, pozostaje mi rozkoszowanie się świetnymi kompozycjami z Dissolve.



