Gdyby była raperką, to można by rzec: pozjadała. Mówiąc o niej przez pryzmat muzyki reggae, należałoby wspomnieć co nieco o pozytywnych wibracjach towarzyszących całemu koncertowi. Jeżeli natomiast ktoś by się uparł i chciał o niej wspomnieć a propos funku grającego jej w duszy, trzeba by użyć terminu „groove”, który byłby sumą każdego dźwięku składającego się na piękno jej muzyki. Takie są właśnie występy Selah Sue.
Na wstępie warto zaznaczyć, że za artystką kryją się wspaniali muzycy, więc mówiąc o Selah należy ich także mieć w pamięci. A zaczęli chwilę po dwudziestej, kiedy to w akompaniamencie piana wokalistka zaśpiewała piosenkę Bille Holiday – I Love You, Porgy. Tak stonowany początek był wręcz oczywisty, ale z każdą kolejną minutą ów spokój, zwłaszcza wśród publiki, przeradzał się w coś bliższego finałowi Ligi Mistrzów aniżeli rozgrywkom B-klasy. Ludzie naprawdę ochoczo reagowali na każdy bodziec płynący ze sceny, a najlepiej było to widać podczas mniej znanych piosenek (Fyah Fyah, I Won’t Go For More czy Fear Nothing), gdy zamiast obcości było raczej czuć wielkie wsparcie. Każdy starał się dać muzykom coś od siebie: czy to przez klaskanie, czy to przez spijanie słów z ust Selah, czy wreszcie przez taniec i dobrą zabawę.
Takie a nie inne zachowanie tłumu było spowodowane ogromną pracą, jaką wykonali występujący na scenie. Abstrahując od gwiazdy wieczoru, bo to z racji poniższego napisu na plakacie było wpisane w ten koncert, warto pochwalić cały zespół stojący za i obok Sue. Melodyjne klawisze i gitara, rytmiczne bas i perkusja, a także wokalistka wspierająca – to wszystko summa summarum dało efekt finalny – kapitalne show. Aranże piosenek co prawda nie były mocno wywrócone do góry nogami, lecz momentami, zwłaszcza w trakcie wykonywania piosenek z najnowszego Reason, czuć było wartość dodaną, coś więcej niż odtworzenie każdej nutki z płyty. Największą robotę zrobiły oczywiście piosenki Raggamuffin, Crazy Vibes, Alone i This World (w wypadku tego ostatniego były nawet specjalne podziękowania dla pewnego batonika, w reklamie którego usłyszeć można własnie ten utwór), ale parę momentów osobiście mnie zaskoczyło.

Największym plusem poza walorami czysto muzycznymi, była niewątpliwie oprawa wizualna. Jedną ze składowych tego obrazu był uroczy strój rodem z bierzmowania, który pięknie podkreślał kobiecość wokalistki. Fryzura także spisywała się perfekcyjnie (klasyczny zaczes Selah – mój prywatny ideał), a wszystko to było dodatkowo wzbudzane do ruchu przy pomocy wentylatora. Kolejną rzeczą w kwestii bodźców wzrokowych była gra świateł. Jeżeli tylko zaszła taka potrzeba, czyli głównie w trakcie szybszych utworów, cała instalacja świetlna migała w rytm, pisząc w ten sposób historię idącą równolegle do dźwięków. Natomiast gdy na sali nastała cisza, tak jak w utworze Daddy, ciemność zwyciężała i jedynie nieliczne paczki fotonów trafiały do oczu widowni.
Inną rzeczą niewątpliwie zapadającą w pamięci, będą te małe smaczki cieszące ot tak – po prostu. Na te złożyło się przywitanie z publicznością („Dobry Wieczór Gdansk”), każde słowo „Dziękuję” czy śmieszna „wpadka” z mówieniem do statywu przy braku obecności mikrofonu. Do tego piosenka Peace of Mind stała się tego wieczoru moim TOP, z którego nie mogę i póki co nie chcę się wyleczyć, a fantastycznie przedłużone This World, kiedy to Sue przedstawiła cały swój zespół na zasadzie kilkudziesięciosekundowych solówek, było momentem niezapomnianym.
A więc przyszedł czas na werdykt. Piękna publiczność? Jestem na tak! Piękna muzyka? Oczywiście – tak! Piękna wokalistka? Bardzo duże TAK! Zatem widzimy się na kolejnym koncercie, Selah!



