„Queer jest dla wszystkich.” Troye Sivan dla magazynu Paper

Troye Sivan udzielił wywiadu dla magazynu Paper. Mamy dla Was pełne tłumaczenie tekstu!

Bardzo często słowo queer wiąże się z motywem walki i cierpienia. Większość nie zauważa jak uniwersalne są historie miłosne grupy LGBTQ — o szczęściu, strachu, nostalgii, euforii i, oczywiście, smutku. A najlepiej opowiada je Troye Sivan. Na swojej drugiej płycie dwudziestotrzylatek skupia się na radości i różnych aspektach związku (sam jest zakochany). Album jest lustrzanym odbiciem życia fanów wokalisty, należących do grupy LGBTQ, ale, jak przystało na dobry pop, reszta świata odnajdzie na krążku „Bloom” błyskotliwy i uniwersalny opis przeżyć wszystkich ludzi.

Spektrum dźwięków i opowieści na „Bloom” jest szerokie, a sama płyta jest zdecydowania bardziej dojrzała niż „Blue Neighbourhood”, czyli debiut z 2016 roku. Otwierający płytę utwór „Seventeen” traktuje o pożądaniu seksualnym nastolatków, którzy fantazjują o seksie z osobami bardziej doświadczonymi, a czasem wręcz tego próbują. Na kawałkach „My My My!” i „Animal” wokalista opowiada o własnych, mocnych doświadczenia („I die every night with you”). W utworze „Bloom” Sivan mówi o obawach i zaufaniu w sytuacjach intymnych, podczas gdy „Dance To This” to lekki, przyjemny duet z Arianą Grande.

Tam gdzie jest seks, pojawia się też strata. „Bloom” podejmuje ten trudny temat, nie ograniczając się do truizmów. Unikając typowej narracji po zawodzie miłosnym, Troye w „The Good Side” przeprasza za to, że jemu po rozstaniu się powiodło. Nie dramatyzuje – współczuje, rozlicza się z rzeczywistością w ciekawy, zaskakująco opanowany sposób. Na „Plum”, jednym z największych hitów tego albumu, Sivan porównuje przegraną miłość do cierpkiego smaku owoców.

Młodemu wokaliście udało się dotrzeć do tych zakątków popu, które dotychczas zarezerwowane były dla Robyn, i dodatkowo wnieść w nie światło i ulotność, plus obezwładniająco szczere teksty.

Triumf i łzy się nie wykluczają, przynajmniej w przypadku Sivana.

Spotykamy się z nim z okazji jesiennego wydania Paper, żeby porozmawiać o bliskiej współpracy przy albumie Bloom, jego obsesji na punkcie wokalistki Gordi, która gościnnie występuje na płycie, i konieczności zaznaczania udziału grupy LGBTQ w muzyce.

W czasie waszego wywiadu dla Paper, Ariana Grande powiedziała, że „weszła w rolę”, żeby stworzyć piosenki „My Everything” i „Dangerous Woman”. Odpowiedziałeś: „Też powinienem tego spróbować”, co jest ciekawe, bo w branży z pewnością funkcjonuje archetyp piosenkarza geja, który mógłby w krótkim czasie zapewnić Ci wielką sławę. W jakim stopniu na albumie „Bloom” udało Ci się odciąć od oczekiwań przemysłu muzycznego wobec Twojej osoby?

To nie była dla mnie świadoma decyzja, z jakiego źródła moja muzyka będzie czerpać. Zawsze lubiłem mocno się angażować w ten kreatywny proces. To jedyna stała w moim życiu – ta miłość do tworzenia muzyki. Ale to nie zawsze musi oznaczać otwarcia fabryki popu. Czasem nie mam ochoty pisać typowych popowych hitów, które już następnego dnia trafią do radia. Mam wiele źródeł inspiracji: czasem chcę napisać coś, co brzmi jak piosenka godna 2018 roku, a czasem nie. Ważniejsze od międzynarodowego, komercyjnego sukcesu jest dla mnie to, czy sam jestem z tej produkcji dumny. Bardziej liczy się dla mnie bycie wiernym sobie i cieszenie się muzyką, niż sprzedaż jakiejkolwiek liczby płyt.

Obracasz się wśród niezwykłych osób: Allie X, Lelanda itp. Od zawsze łączy was bliska współpraca. Ale gdybyś chciał, to miałbyś dostęp do bardziej znanych, świetnych producentów wielkich przebojów. Czy uważasz się za lojalną osobę? I dlaczego ta współpraca jest dla Ciebie tak ważna?

Tak, uważam się za lojalną osobę, ale to nie jest umyślne działanie. Przed tymi ludźmi nie boję się po prostu otworzyć i być sobą. Będąc w pokoju z nimi mogę spróbować absolutnie wszystkiego. Nie uznajemy czegoś takiego, jak głupi pomysł – każdy może zaproponować coś od siebie. A z czasem jest coraz lepiej! Jesteśmy ze sobą coraz bliżej, czujemy się dobrze w swoim towarzystwie i bardzo dobrze się znamy, dzięki czemu teksty piosenek stają się coraz bardziej osobiste i szczere. Nie poświęcamy czasu na szukanie chwytliwych rymów, tylko staramy się pisać o istotnych sprawach. To jest dla mnie chyba najważniejsze we współpracy z kimś – dogadywanie się także w życiu prywatnym. Miałem wielkiego farta, że trafiłem na taki zespół. Nasza relacja przypomina małżeństwo pod tym względem, że z każdym dniem poznajemy się coraz lepiej. Wiem, że to brzmi tandetnie, ale coraz bardziej fascynuje mnie nasz styl pracy; stajemy się bardziej otwarci, dzięki czemu w muzyce pojawia się więcej warstw i szczegółów.

Byłoby Ci trudno wejść do pokoju pełnego obcych ludzi i pisać z nimi muzykę?

Pewnie byłbym nieco onieśmielony. Moim pierwszym odruchem byłoby wysłanie do mojego manadżera smsa o treści: „Czy mogę przyprowadzić Lelanda?” Jeśli by się nie zgodził, to czekałby mnie trudny dzień, ale nie poddałbym się na starcie. Często zdarza mi się spotykać nowych ludzi w studio i próbować z nimi nowych rzeczy. Mam szczęście, bo zazwyczaj osoby, z którym przychodzi mi współpracować, to moi idole. Czuję się wyróżniony, bo mogę wybierać, z kim chcę tworzyć. Przed tym albumem nigdy nie pracowałem z Arielem [Rechtshaidem z „Vampire Weekend”], a jest to wymarzony producent. Ale jeśli miałbym pracować z tymi, których nie znam albo nie darzę takim podziwem, to szanse na napisanie dobrej piosenki na pewno by zmalały. Dbam o poziom poprzez wybieranie muzyków, z którymi mam jakąś relację albo czuję, że się rozumiemy.

Interesuje mnie piosenka „Seventeen” z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na temat, a po drugie dlatego, że jest to utwór otwierający album. Dlaczego chciałeś w taki sposób rozpocząć „Bloom”?

Z kilku względów. Muzycznie to wydawało się epickim otwarciem nowego brzmienia. Chciałem stworzyć moją wersję „Forever Young” [w stylu Jay-Z] lub coś, co brzmiałoby podobnie, a „Seventeen” było temu najbliższe. Melodia wydaje się tam bardzo klasyczna i pasowała mi na otwarcie płyty. Jeśli chodzi o warstwę tekstową, to jest to jedna z niewielu piosenek na płycie, której historia nie ma źródła w teraźniejszości – wspominałem doświadczenia z przeszłości. Reszta albumu odzwierciedla to, co teraz przeżywam. Chciałem nakreślić obraz, jak to było kilka lat temu i jak to się obecnie zmieniło.

Tekst „Seventeen” niektórym ludziom może się wydać szokujący, ale moim zdaniem to uniwersalna piosenka dla osób queer, które nie miały intymnych doświadczeń z rówieśnikami. Myślałeś o tym, pisząc ten utwór?

Właśnie taka była moja motywacja, jak umieszczałem go na albumie. Jak tylko zaczęliśmy pisać ten tekst, to wszyscy już wiedzieli, o czym on będzie. Stworzyliśmy wiele wersji – niektóre brzmiały mrocznie, a inne z kolei zbyt radośnie. Trudno było znaleźć złoty środek. Byłem bliski porzucenia tej piosenki, bo nie chciałem, żeby ludzie pomyśleli, że pochwalam takie akty, ale jednocześnie tego typu sytuacje wywarły na mnie osobiście wielki wpływ. Nie wiedziałem, czy ludzie będą chcieli o tym wiedzieć i tego słuchać. Nie byłem pewien, czy ja sam chcę o tym opowiadać. Rozmawiałem o tym z moim przyjaciółmi, którzy też są queer, i przyznali, że oni wszyscy mieli podobne lub takie same doświadczenia. Wtedy doszedłem do wniosku, że choć byłoby łatwiej uciec od tematu, nie mogłem tego zrobić. Być może yo, że piosenka znalazła się na albumie, pomoże też innym ludziom.

Bardzo podoba mi się to, że wprowadzasz tyle niuansów do swoich opowieści. Wiele piosenek queer o seksie cechuje powierzchowność i szokujące teksty. „Bloom” podejmuje temat wrażliwości i strachu przed upadkiem na dno. Czy ważne było dla Ciebie pokazanie takiego nastawienia?

Chciałem pokazać wszystko w jak najprawdziwszym świetle. Ja dostrzegam w tym czułość i słodycz. Chciałem przyjąć tę perspektywę, co sprawiło, że napisałem piosenkę miłosną, bazując na własnych doświadczeniach. Próbowałem zawrzeć na tym albumie wszystkie odcienie queer – słodycz, otwartość, strach i ciekawość.

Czy piosenkę „Bloom” napisałeś dlatego, że czułeś, że na albumie brakuje historii o seksie?

Szczerze mówiąc mój proces myślowy wyglądał tak: „To całkiem zabawne, a nigdy o tym nie śpiewałem. Możemy to w ogóle zrobić? Czy to jest legalne?” Mieliśmy z Lelandem niezłą bekę nagrywając to. Nie zastanawialiśmy się za bardzo, czy świat tego potrzebuje, po prostu sami świetnie się przy tym bawiliśmy i dużo śmialiśmy.

W teledysku do „Bloom” widzimy Cię w nowym wydaniu. To najbardziej kobieca, modna wersja queer w Twoim wykonaniu. Dużo czasu zajęło Ci zebranie się na odwagę, żeby zaprezentować się w taki sposób?

O tak, zdecydowanie. Tego dnia próbowaliśmy stworzyć bajkę. Chciałem w tym wideo dać się ponieść fantazji. Współpracował ze mną Bardia Zeinali – mój przyjaciel, do którego mam ogromne zaufanie. Stworzyliśmy niezwykłą tablicę inspiracji, na której znaleźli się wszyscy, poczynając od Davida Bowiego, przez Grace Jones, na Madonnie kończąc. To mnie bardzo motywowało, ale zastanawiałem się też, czy dam radę. Wydawało mi się to słuszne, ale nie wiedziałem, czy mam do tego prawo. A potem pomyślałem: „Wyjebane, zróbmy to!” Od samego początku wiedziałem, że kluczem do sukcesu będzie zebranie właściwego zespołu: najlepszej makijażystki, fryzjerki, stylistki. Tak naprawdę cały dzień się stroiłem w inne ubrania; było to coś, co od zawsze chciałem zrobić, ale nigdy wcześniej się na to nie odważyłem. Tworzyłem tę bajkę i żyłem nią.

To doprowadza nas do „Plum”, czyli mojej ulubionej piosenki z płyty. Udało Ci się to, co Robyn – muzyka brzmi euforycznie, ale słowa są dość smutne. Jaka historia się za tym kryje?

To kolejna piosenka, która ma źródło w przeszłości. Opowiada o tym momencie, kiedy budzisz się, a Twoja druga połówka jeszcze śpi. Patrzysz na nią i myślisz sobie: „Nie wiem, czy to nam wyjdzie.” Zaczynasz mieć wątpliwości. To bardzo smutny moment, bo przecież nic się nie zepsuło, nie było żadnej kłótni ani kryzysu. W piosence przyznaję, że była to piękna relacja, ale nawet piękne uczucie nie zawsze musi być właściwe w danym czasie. Tego typu rozstania są dla mnie najsmutniejsze.

Skąd metafora tytułowej śliwki [plum]?

Po prostu kocham słowa. Często przynoszę na nagrania tomiki poezji albo czytam znaki drogowe czy nazwy firm po drodze na sesję. Wystarczy mi cokolwiek, co nasunie mi myśl, której nigdy wcześniej nie miałem. Myślałem o słowie plum od dłuższego czasu, bo uważam, że to piękne słowo, a w dodatku piosenka „Peach Plum Pear” Joanny Newsom jest jedną z moich ulubionych. Wstawiliśmy więc słowa peach, plum i pear do tekstu jako żart. To bardzo obrazowe słowa – zainspirowały mnie i trzymaliśmy się ich.

Oprócz duetu z Arianą Grande, śpiewasz też z Gordi w utworze „Postcard”. Jak doszło do tej współpracy?

Kilka lat temu leciałem do Australii, włączyłem stare radio w samolocie i ułożyłem się do snu. Obudziłem się w połowie lotu z myślą: „Czyj to głos? Musze się tego dowiedzieć.” Zapisałem słowa, żeby później je wygooglować i wtedy odnalazłem Gordi – niezwykłą artystkę z Sydney. Jej głos ma tembr i jakość, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Jestem jej wielkim fanem. Widziałem ją na żywo w LA, a potem miała mnie supportować w Australii, ale zachorowałem na zapalenie krtani, ona również, i koncert się nie odbył. Ten romans z nią i jej muzyką trwa już od wielu lat.

Zanim rozpocząłem pracę nad albumem, usłyszałem, że Gordi jest w LA i chce ze mną popisać teksty, jeśli nie mam nic przeciwko. Zgodziłem się bez wahania i zaczęliśmy pracę nad piosenką, którą uwielbiam, o pierwszych problemach w związku, kiedy zastanawiasz się, czy wady tej drugiej osoby denerwują Cię na tyle, że jesteś skłonny ją zostawić. Ten tekst odpowiada na to pytanie przecząco – mówi, że lepiej jest przez to przebrnąć, bo dzięki temu związek staje się silniejszy.

To była naprawdę piękna piosenka, ale powiedziałem jej: „Jest tak wcześnie, a to jest pierwsza piosenka, którą napisałem od sześciu miesięcy, czy tam roku. Nie wiem jak mógłbym to kontynuować, jeśli chodzi o produkcję, ale czy moglibyśmy nagrać teraz klawisze i wokal, i wrócić do tego później, kiedy będę miał jasną wizję albumu?” Tak zrobiliśmy – zrobiliśmy jedno nagranie wokalu, nasz producent Bram [Inscore], dodał do tego metalicznie brzmiący bas, na punkcie którego miałem obsesję i powiedziałem tylko „Ok, to możemy spadać”, po czym posłuchałem tej piosenki i się w niej zakochałem. Chciałem później wrócić do pracy nad nią, ale zdałem sobie sprawę, że demo brzmi dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłem, więc w takiej wersji wstawiliśmy ją na album. Jest to piękna ballada z dźwiękami fortepianu.

Wewnątrz społeczności queer dużo mówi się o ich reprezantacji w muzyce. Wszyscy męscy artyści queer są biali, co odzwierciedla obraz społeczeństwa. Dlaczego Twoim zdaniem tak jest i jakie zmiany obserwujesz w tej branży?

Wydaje mi się, że przez ostatnie lata poczyniliśmy wielki postęp. Odkąd sam wszedłem na rynek około pięć lat temu, to zauważyłem, że pojawia się na nim coraz więcej artystów queer. Łatwo jest im myśleć, że wszystko wygląda już dokładnie tak, jak powinno, ale potem przychodzi refleksja, że mamy jeszcze do przejścia długą drogę. Dla mnie stanowi ona motywację do tego, żeby przeć naprzód. Bardzo mnie cieszy, że pojawia się obecnie tyle nowej muzyki queer. Artyści tacy jak Kevin Abstract, Kehlani czy inni są od siebie kompletnie różni, ale wszyscy są queer i to jest dla mnie super. To adekwatny obraz tego, jak wygląda ta wielowymiarowa społeczność. Zmierzamy w dobrym kierunku, ale nie odczuwamy jeszcze pełnej satysfakcji.

Są jakieś młode gwiazdy queer, których poczynania śledzisz?

Tak, Ryan Beatty. Właśnie wypuścił album. Pamiętam, że kiedyś robił typowy pop i utrzymywałem z nim kontakt, a kilka tygodni temu spotkaliśmy się z nim i z chłopakami z Brockhampton. Zawsze podobał mi się jego głos i cieszyłem się, że mogę usłyszeć jego materiał solo, który jest fantastyczny. Teledyski też są super, on pokazuje taką świetną perspektywę i ma niesamowity wokal. Jest naprawdę fantastyczny.

Twoi fani są bardzo aktywni, szczególnie w Internecie. Jak to jest być celebrytą w 2018 roku?

O dziwo jest to dla mnie bardzo komfortowe, bo nie różni się zbytnio od tego, co robiłem przez ostatnie dziesięć lat. Filmiki zacząłem nagrywać już jedenaście lat temu, a w sieci byłem aktywny odkąd pamiętam. Jestem przyzwyczajony do tego rodzaju komunikacji i relacji. Czuję, że mam nad tym kontrolę i bardzo mi to pomaga, bo wiem, że ci ludzie mnie nie zostawią, jak przestanę grać pop. To są świadomi fani, którzy czytają teksty, uważnie oglądają teledyski i uwielbiają przychodzić na koncerty. Są dla mnie najważniejsi i nie wiem, co bym bez nich zrobił jako artysta.

Tekst jest tłumaczenie artykułu Justina Moran z magazynu Paper. Oryginał dostępny pod linkiem: http://www.papermag.com/troye-sivan-bloom-interview-2600728293.html?rebelltitem=15#rebelltitem15

Tłumaczenie: Marta Umiejewska

Ostatnio opublikowane