Niedawno wydana EP-ka to potwierdzenie tego, że Tricky brzmi najlepiej, kiedy wraca do swoich początków.

Wydany w połowie lat 90. debiutancki Maxinquaye, album trochę eksperymentalny, choć najbliższy trip hopowi, rzucił nowe światło na karierę Adriana Thawsa, jak naprawdę nazywa się skryty pod pseudonimem Tricky artysta. Szeptany rap, powolne, narkotyczne tempo z wykorzystaniem elektronicznego i rockowego instrumentarium przypadło do gustu zarówno słuchaczom, jak i krytykom. Maxinquaye do dziś regularnie ląduje na listach najlepszych albumów tego okresu i inspiruje artystów z pogranicza hip hopu, muzyki elektronicznej i szeroko pojętego undergroundu.
Kariera solowa Tricky’ego zaczęła się jednak od mocnego rozczarowania i poczucia głębokiej frustracji, kiedy jako członek Massive Attack miał coraz mniejszy wpływ na kierunek, w jakim podążali pionierzy trip hopu. Thaws pisał wtedy bardzo depresyjne teksty na temat problemów ulicy, uzależnienia od narkotyków, czy nieudanych związków. Poczucie bycia outsiderem wypływało z każdej linijki tekstu i muzyki, którą chciał tworzyć. Nie inaczej przebiegały sesje nagraniowe do debiutanckiej płyty i pewnie gdyby nie produkcja Marka Saundersa (znanego ze współpracy m. in. z The Cure), Maxinquaye miałby zupełne inne brzmienie. Już wtedy Thaws zapraszał do współpracy dużo wokalistek, których wkład do jego albumów był nie do przecenienia i stał się jednym z jego znaków rozpoznawczych. Na Maxinquaye była to przede wszystkim Martina Topley-Bird (z którą był związany i miał dziecko), ale często współpracował też z Francescą Belmonte, która gościła na kilku jego ostatnich albumach.
Ostatnie lata były w życiu artystycznym Tricky’ego były mieszane. ununiform, Skilled Mechanics czy Adrian Thaws, zbierały raczej mieszane recenzje, a ostatnią generalnie dobrze przyjętą płytą była False Idols z 2013 r. W zgodnej opinii krytyków i fanów, Tricky nigdy już nie zbliżył się poziomem do swojego debiutu, ale wciąż wydawał płyty, jeździł w trasy i nie narzekał na brak pracy. Ale niespełna rok temu, kiedy 8 maja zmarła jego córka, świat Tricky’ego się zawalił, a sam artysta musiał udać się na terapię, by poradzić sobie ze stratą dziecka. Jak sam mówił, śmierć córki kompletnie go zmieniła i nic już nie było dla niego takie samo. Pewnego rodzaju muzyczną próbą przepracowania starty córki jest dla Tricky’ego nowa EP-ka.
20,20 jest krótka nawet jak na EP-kę, zawiera tylko trzy utwory długością nie przekraczające razem ośmiu minut. Zaczyna się od duetu z polską wokalistką, Martą Złakowską, w Hate This Pain. Dominuje Tricky, w którego głosie słychać żal i wściekłość po stracie córki. Tekst piosenki odnosi się z resztą wprost do tego smutnego wydarzenia. Lonely Dancer to utwór zanurzony w trip hopowym beacie z surowym głosem wokalistki berlińskiej sceny undegroundowej, Aniki. Minimalistyczny, hipnotyzujący, brzmiący jak nagranie z dusznego, zadymionego pokoju bez okien. To właśnie w takich utworach Tricky brzmi najlepiej (choć w tym kawałku akurat nie udziela się wokalnie) i przywołuje klimat jego nagrań z lat 90. EP-ka kończy się instrumentalnym M, najlżejszym w odbiorze kawałku na płycie, choć z mocnym, drgającym basem. Daje przestrzeń do refleksji, ewentualnie przetrawienia tego, co usłyszeliśmy w kawałkach poprzedzających.
W troszkę ponad siedmiominutowej płytce, Tricky znowu skutecznie wprowadza w duszną atmosferę refleksji nad utratą i samotnością. Nie skłania do refleksji optymistycznej, raczej dołuje i zanurza w melancholii. Robi to w swoim, od lat znanym stylu, którego jest nie tylko pionierem, ale prawdziwym mistrzem. Krótka, acz intensywna forma, służy jego brzmieniu i choć zostawia niedosyt, że tak mało, to jednak pozwala mocniej docenić, to co nam przygotował. Aż szkoda, że jego kilkudniowa wizyta w Polsce, w tym tygodniu, nie mogła dojść do skutku przez koronawirusa.
- Data premiery: 06 03 2020
- Single: Lonely Dancer
