Tove Lo – Queen of the Clouds (2014), recenzja Michała Pietruszki

Każdy chyba zgodzi się ze stwierdzeniem, że szwedzcy muzycy i producenci są zaraz po Brytyjczykach najbardziej znanym i cenionym muzycznym towarem eksportowym Europy. Międzynarodowy rozgłos i wielką karierę zrobili tacy artyści jak Robyn, Danny, Lykke Li, Loreen, Velvet, Erik Hassle, Avicii, Nonono… Biorąc pod uwagę wszystkie skandynawskie państwa lista ta byłaby o wiele dłuższa i ciekawsza. Do tego grona zamierza dołączyć Tove Lo, której singlowe Habits po półtora roku egzystencji na rynku dopiero w październiku tego roku dotarło do TOP5 amerykańskiej listy Billboard. Na sukces zasługuje nie tylko ten pojedynczy utwór, ale także cały album, na którym się znalazł! Queen of the Clouds albowiem to kolejny mocny pretendent do miana najlepszego debiutu 2014.

26-letnia Tove Ebba Elsa Nilsson w szeroko pojętej branży funkcjonuje od dawna. Po ukończeniu Rytmus Music School w Sztokholmie, gdzie uczęszczała również wspomniana już Robyn czy Erik Hassle, Tove dołączyła do rockowego zespołu Tremblebee i zaczęła grać z nimi na większych festiwalach przez kilka lat. W międzyczasie pisała swoje własne teksty. W 2011 roku w Londynie przypadkowo spotkała się z osobami z działu A&R wytwórni Universal Music, z którą w niedługim czasie podjęła szerszą współpracę. Wokalistka w mrugnięciu oka znalazła się w samolocie do Los Angeles, gdzie miała zaprezentować swoje nagrania demo jednemu z najpopularniejszych producentów muzyki, Maxowi Martinowi. Nie mogło być inaczej: zachwycił się on materiałem Tove i wziął ją pod swoje ‘doświadczone skrzydła’. Na początku Szwedka miała okazję popisać się swoimi umiejętnościami tekściarskimi pisząc m.in. dla Icona Pop (Ready For The Weekend), Cher Lloyd (Killin’ It), Girls Aloud (Something New) czy chociażby dla Lea Michele.

Jej solowy debiut zatytułowany Queen of the Clouds został wydany 24 września w Australii, Norwegii i Szwecji. Tydzień później pojawił się na rynku kanadyjskim i w Stanach. 12 listopada krążek kupić mogą słuchacze z innych krajów, w tym Polacy. Podzielony jest on na trzy integralne, spójne i (jak się przekonacie) chronologiczne rozdziały: The Sex, The Love i The Pain. Każdy utwór jest częścią historii opowiadanej przez Tove: od The Sex, gdzie uwagę skupia się na gwałtownej miłości fizycznej dwojga ludzi, przez miłość dojrzalszą, duchową aż po The Pain, gdzie ich relacja się kończy. Pozostaje tylko żal, smutek i …narkotyki.

The passion in the beginning, it’s always gonna be the best part of it.

Cztery kompozycje w części The Sex są dokładnie jak opisywane doznanie: gwałtowne, energiczne, Tove z utworu na utwór jest coraz bardziej bezczelna w sposobie śpiewania i oczywiście kontrowersyjna, wyuzdana na płaszczyźnie tekstowej. Otwierające My Gun to uwodzicielska próba przeciągnięcia słuchacza na swoją stronę już od pierwszych dźwięków płyty. Jak najbardziej udana, piosenka skutecznie porywa do tańca. Zupełnie tak jak Like Em Young, jednak ta pozycja wypada bardziej infantylnie wykorzystując już nieco oklepane klaskanie i mało odkrywczy tekst. Lecz muzyczny apetyt zaostrza ponownie kompozycja Talking Body. Uwodzicielski i łagodny głos Tove góruje nad rzadkim, egzotycznym beatem przechodząc potem w seksowny do granic możliwości refren, w którym śpiewa o swoich bardzo prywatnych namiętnościach. I tu pojawia się moje pytanie: czy tak odważny tekst nadaje się do odtworzenia numeru w publicznych rozgłośniach? Poruszam tą kwestię, ponieważ Talking Body wybrane zostało na trzeci singiel promujący Queen of the Cloud, co moim zdaniem jest nieco ryzykowne. Kulminacją pierwszej części historii jest Timebomb. Utwór mający niezwykle duży potencjał, niestety nieco zmarnowany w refrenie. Od początku gęsty tekst i śpiew Tove budują napięcie, mamy wrażenie, że zaraz ta ‘’bomba’’ wybuchnie… a ostatecznie dostajemy chaotyczną mieszankę uderzeń perkusji i przypadkowo zagranych akordów pianina. Zdecydowanie inaczej można było to rozegrać.

And then you freak out cause suddenly you love this person…

W The Love mamy dosyć znaczną zmianę klimatu i co najważniejsze tematów utworów. Tove wzruszająco wyśpiewuje: Yeah, I’m falling in love/And I hope that you want me/The way that I am! czy wyznaje: I’m not on drugs, I’m just in love. Moments, kawałek najsłabszy w tej części i jednocześnie na całej płycie to typowa power ballada, która w wykonaniu Lo brzmi nijako. Natomiast The Way That I Am to udany eksperyment połączenia wokalu Tove z electropopowymi, w refrenie znacznie cięższymi housowymi dźwiękami. Kolejne dwa numery: Got Love i Not on Drugs to staranne, wzorcowe piosenki pop. Całą ,,robotę’’ zrobiły tu mistrzowskie refreny na miarę popu z najwyższej półki. I chociaż na liście autorów nie figuruje tu ani Max Martin, ani Shellback to mimo to i tak czuć ich wpływ w doborze każdego dźwięku oraz dryg do tworzenia hiciorów.

…and then there’s no good way to end things. ‘Cause it’s ending, y’know?

Obok zamykających krążek paradoksalnie przyjemnych Thousand Miles i This Time Around oraz tanecznym Run On Love kilka zdań poświęcić chcę singlowemu Habits (Stay High). Nie rozumiem do końca popularności jego remixu w wykonaniu Hippie Sabotage, który znalazł się na wersji rozszerzonej Queen of the Clouds. Sukcesu bardzo uzasadnionego, ponieważ zremisowana wersja ma ponad dwa razy więcej wyświetleń w serwisie YouTube (74 miliony). I to mnie naprawdę dziwi, ponieważ podstawowe Habits bez dodatkowego bitu i uszczuplonego tekstu Hippie jest o wiele lepsze, Tove śpiewa o tym, że je obiad w wannie, podrywa ojców na placu zabaw; że upija się w ciągu dnia i pozostaje w tym stanie również w nocy (a nie odwrotnie). Inaczej mówiąc obawiam się, że radia zaczną grać remix, a piękno i szczerość pierwotnej wersji zostanie nie odkryta przez zwykłego słuchacza i przez to zapomniana. A na taki los ta kompozycja na pewno nie zasługuje!

Debiut Tove Lo robi wrażenie: od zgrabnego połączenia różnych nastrojów, klimatów muzycznych, nienachlanej i ‘świeżej’ melodyki do naprawdę interesujących tekstów. Podobnie jak Robyn, Tove dostarcza nam najwyższej klasy szwedzkiego popu. Może nie jest to zbyt ambitne, ale i napisanie stricte POPularnych utworów nie jest także do końca takie proste. Mimo młodego wieku wokalistka nagrała bardzo dobry mainstreamowy album. Na początku kariery zacisnęła zęby i pisała dla innych, ale to bez wątpienia dodało jej jedynie charakteru. Nie boi się już odważnych słów we własnych kompozycjach, stawiając może lekko na kontrowersję? Tylko czy będzie umiała ją właściwie wykorzystać…

tove lo cover

Czytaj również