Tove Lo – Blue Lips (2017), recenzja Pawła Markiewicza

Tworzy pop na najwyższym poziomie, a jej materiał wciąż pozostaje w cieniu przereklamowanych tworów muzycznych pokroju Eda Sheerana czy Bruno Marsa. Nowa płyta, ale wciąż stara Tove Lo – wulgarna, wyzywająca i nie bojąca się powiedzieć wprost tego, o czym myśli. Wypisz, wymaluj z czasów debiutanckiego albumu, za sprawą którego zdobyła uznanie krytyków i słuchaczy. Zatem „I’m fully charged, nipples are hard, ready to go!”.

Pomimo, że kocham Queen of the Clouds, za którego pośrednictwem Tove Lo pogroziła palcem koleżankom po fachu, to z biegiem czasu śmiało mogę uznać, że w porównaniu do tego, co dostajemy dziś, było to swojego rodzaju błądzenie we mgle. Debiutanckie dziecko było takim próbnym balonem i oscylowaniem pomiędzy komercją, chwytliwymi refrenami, a elementami elektroniki i dance’u.

Z kolei kolejne wydawnictwa (tzn. Lady Wood i Blue Lips) były już odważniejsze. Wyraźne inspiracje wziętę ze wspomnianych przed chwilą gatunków muzycznych, niewyczuwalny strach przed nowym i co za tym idzie – pójście na całość. Śmiem twierdzić, że jedyne co nie zmieniło się na przestrzeni 3-4 lat, to warstwa liryczna, dość nastoletnia i dotykająca tematyki seksu, miłości, narkotyków i wszystkiego co niedobre i zakazane. Ale czy kogoś jeszcze dziś rażą słowa „fuck” czy „pussy”? Taką wulgarność nazwałbym swojego rodzaju ekspresją, dzięki której materiał zyskuje na autentyczności.

Odkryciem nie będzie to, co teraz napiszę – piosenki zebrane na Blue Lips nie są zbyt przyjazne rozgłośniom radiowym. I nie myślę tu o warstwie lirycznej, która bez cenzury raczej by nie przeszła. Refreny nie cechują się zbytnią chwytliwością i rytmiką, do której słuchacz typowej rozgłośni radiowej jest przyzwyczajony (no może poza lead singlem).

Lady Wood? Przy Blue Lips wymięka. Dopiero tutaj odczułem prawdziwą odwagę i pewność siebie w tworzeniu materiału. Wystarczy spojrzeć na konsekwentnie wyprodukowane shedontknowbutsheknows i stranger – ten instrumental z gitarą elektryczną w refrenie i przy wyjściu z kompozycji, wow. Po tej samej stronie barykady są: disco tits (z pięknym i wyraźnym bassem w zwrotkach) i cycles. Obie piosenki nazwałbym dwoma najbardziej komercyjnymi akcentami na krążku.

Takie małe odejście od poprzedniego akapitu i krótka rada – tak dla Waszego dobra. Nie dziękujcie. Wysłuchajcie się dobrze w bitches. W tej kompozycji głęboko zakorzeniony jest potężny arsenał ciężkiej gitary elektrycznej. I to jest dopiero coś. Taka trochę bezpieczniejsza, ale wciąż genialna St. Vincent.

What’s your name?
I can tell you a story before we get into the game
We fall head over heels overnight
See my face in your future
I’m in your future, in your nights, mmm
We’re intense
In a loop on a 24/7, don’t want it to end
But reality’s waitin’, they say better come up for air soon
Yeah, come up for air soon
Make a change, mmm

Tove Lo, przygotowała dla Nas jedną, wyjątkową piosenkę cechującą się mocną eterycznością z hiphopowo-trapowym tłem, które od razu przypomniało mi o niedawno wydanej płycie Halsey. Romantics jest cudne. Marzy mi się więcej utworów w tym stylu.

I bez zaskoczenia – tutaj nie ma złych piosenek. To kompilacja utworów dobrych i bardzo dobrych. Takich, przy których można potańczyć, ale również takich, przy których można się zatrzymać i powiedzieć „cholera, jakie to smutne i pełne emocji”. Serio. Pomiędzy tymi wszystkimi dość agresywnymi tekstami, znajdą się też takie dające do myślenia. To jest piękne.

Na płycie znajdują się też kompozycje, w których klimatach Tove Lo czuję się komfortowo od początku przygody z muzyką, np.: 9th of october czy shovering gold. To jej brzmienia. Ona tu nie śpiewa tylko płynie.

Blue Lips to obowiązkowa pozycja muzyczna tego roku. Każdy kto chce dostać dawkę bardzo dobrej muzyki, musi posłuchać tego albumu. Szwedka z płyty na płyte pokazuje się z coraz lepszej strony. Jest postępowa. To się ceni. Nie stoi w miejscu, nie idzie utartymi ścieżkami. Ona sama się kształtuje. Cholernie ją w tym czuć i za to wszystko ją szanuję.

Czytaj również

Tworzy pop na najwyższym poziomie, a jej materiał wciąż pozostaje w cieniu przereklamowanych tworów muzycznych pokroju Eda Sheerana czy Bruno Marsa. Nowa płyta, ale wciąż stara Tove Lo - wulgarna, wyzywająca i nie bojąca się powiedzieć wprost tego, o czym myśli. Wypisz, wymaluj z...Tove Lo - Blue Lips (2017), recenzja Pawła Markiewicza