„Nie słuchaj ciszy, pokochaj hałas…”- zachęca nas głos Tomasza Makowieckiego. Wielka, ogromna wręcz przemiana. Elektroniczna wersja. Inspiracje Gainsbourgiem i syntetyzator analogowy w roli głównej. To wszystko na nowej płycie Moizm.
Gdyńskiego przystojniaka, w erze programów rozrywkowych, w których śledzić można losy utalentowanych „zawodników”, nie trzeba nikomu przedstawiać. Wygrał Szansę na sukces, gdy gościł w niej zespół Wilki. Był w czołówce finalistów pierwszej edycji Idola. I mimo że nie przeszedł do finału, potrafił zaistnieć na rynku muzycznym. Pozostając przy tym takim sobie normalnym, nienadętym facetem. Ówcześnie, mając 19 lat, tworzył lekki, balladowy rock. I choć popieram Flauberta mówiącego, że „porównania zżerają (…) jak wszy i cały czas poświęcam na ich tępienie”, nie omieszkam wcisnąć Makowca sprzed 6-ściu lat do szuflady, z której wystaje Myslovitz czy Wilki. Właściwie, nawet nie. To był taki młodziak, chłopek-roztropek.
Ale teraz drodzy Państwo to już inna bajka! To zupełnie inny wymiar twórczości artysty. Totalnie dojrzały. To tak jakby przedwczoraj, 8-mego października 2013 roku był jego debiut. Urodził się i wydał płytę. Zmierza z nią w kierunku elektroniki. Ale jakiej! Dzięki użyciu syntetyzatora analogowego słyszalne jest zauroczenie elektroniką lat 80-tych. I to wszystko zostało przemielone przez Tomka, który wszystko zrealizował sam. Przede wszystkim sam skomponował. Troszkę sam naskrobał, troszkę wybrał spośród tekstów najlepszych w tej dziedzinie. Wyłuskał takich, którzy charakteryzują się podobnym postrzeganiem otoczenia. A są to: m.in. Marek Jałowiecki (znany z formacji Delons i Generał Stilwell oraz autor Peggy Brown spopularyzowanej przez Myslovitz) oraz Graftmann (Graftmann, Miss Polski). Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to artysta z pojedynczych dźwięków utkał prawdziwe muzyczne historie. Całość w subtelny, minimalistyczny sposób odsłania największe drzemiące w każdym człowieku pragnienia. Ani to jałowe ani przekoloryzowane, takie ot w sam raz. Jakby ta strona talentu Makowieckiego czekała spokojnie w uśpieniu i dała o sobie znać w okolicach 30-dziestki.
Singlem, który promuje płytę Moizm w mediach jest piosenka Holidays In Rome. Utwór to, podobnie jak garnitur Makowieckiego, w którym występuje w teledysku, świetnie skrojony synth pop. Reżyserowaniem klipu zajął się Łukasz Garlicki. Poniżej efekty pracy obu panów.
Kolejnymi współtwórcami płyty byli Władysław Komendarek, Józef Skrzek i Daniel Bloom, czego efektem stało się elektronicznie niepoprawnie profesjonalne. Najmocniej wyczuwalne w utworze Ostatni brzeg. Nie da się tego słuchać i przestać na jednym razie. Krążek łączy w sobie ezoteryczną delikatność i szaleństwo elektroniki z silnym powiewem lat 80-tych. Jakby Serge Gainsbourg, do którego uwielbienia jeszcze z dzieciństwa Makowiecki przyznał się w jednym z wywiadów, natchnął artystę do podążaniu w tym kierunku.
A co na efekt swojej pracy mówi sam artysta?
Czuję, że ta płyta jest najważniejszą, jaką do tej pory zrobiłem. Najodważniejszą.
Dodajmy zupełnie inną niż to co zrobił. W odróżnieniu od poprzednich jest fantastyczna! Klepiąc słowa reklamującego krążek wydawcy:
To jego deklaracja niepodległości i dorosłości zarazem. To zbiór hipnotyzujących kompozycji, które pod fascynującą warstwą radykalnych rozwiązań aranżacyjnych i brzmieniowych są po prostu pięknymi, wzruszającymi piosenkami.
Sam tytuł, czyli „moizm”, to inspiracja książką Krzysztofa Jerzego Cichosza: „Wyznania Moizmu”, według której jest to subiektywna religia wolności.
I nie przesadzając ani trochę – jest to pozycja obowiązkowa dla każdego muzykofila. Czy krążek stanie się polskim albumem roku, ciężko mi stwierdzić. Wiem jednak, że ma na to bardzo duże szanse. Byle by więcej takich zaskoczeń!


