Ci, którzy obstawiali, że fantastyczna czwórka z Niemiec zniknęła na dobre przegrali zakład! Bo oto po 5 latach całkowitej przerwy nadszedł czas na nową muzykę, wizerunek i co najważniejsze nowy album Tokio Hotel! Wymawianiu tej nazwy powinien towarzyszyć dziki pisk fanek…przynajmniej do tej pory zawsze tak było, a teraz? Co zmieniło się u chłopaków, czy dalej mogą liczyć na wsparcie rzeszy fanów i pierwsze miejsca na listach najlepiej sprzedających się płyt? Wszystko zależy od Kings of Suburbia – najnowszego albumu, który swoją europejską premierę miał tydzień temu.
Bill i Tom Kaulitz oraz Gustav Schäfer i Georg Listing trafili na idealny moment by rozpocząć karierę i udało im się wykorzystać swoją szansę. Historia Tokio Hotel od samego początku była pasmem sukcesów. Zainteresowanie mediów, wyróżnianie się z tłumu i bezgraniczna miłość fanów doprowadziły ich na sam szczyt. Sale koncertowe na całym świecie wypełnione po brzegi, miliony sprzedanych płyt i najważniejsze nagrody muzyczne – czy można chcieć czegoś więcej? Okazuje się, że tak – spokoju! Muzycy potrzebowali dłuższej chwili by odetchnąć od szaleństwa i zająć się swoim życiem prywatnym. Ostatnie 5 lat połowa zespołu, czyli bliźniacy Kaulitz spędzili w Los Angeles. Przez ten czas przeszli wielką metamorfozę! Bill zrezygnował ze swojej czarnej czupryny i mocnego makijażu, Tom pozbył się dreadów, a Georg obciął włosy. Zmiany zaszły nie tylko w kwestii wizualnej, o czym możemy przekonać się przysłuchując się najnowszym kompozycjom. Artyści mówią, że potrzebowali zarówno przerwy, jak i zmiany. Wyjazd do USA stał się dla nich nie tylko miejscem wytchnienia, ale i wielką inspiracją.
Nowy album stał się kontrowersyjny na długo przed premierą. Większość udostępnionych wcześniej fragmentów w ogóle nie przypomina dotychczasowej muzyki zespołu. Na forach internetowych trwają dyskusje i niedowierzanie spowodowane nowym repertuarem. Fani przyjmują skrajne stanowiska; jedni są pozytywnie zaskoczeni i deklarują zakup płyty, inni krytycznie podchodzą do nowej twórczości i chcą jak najszybciej zapomnieć o tym co słyszeli.
Już od pierwszego utworu możemy zauważyć zdecydowany wpływ 5-letniego pobytu w innym środowisku. Bo oto zamiast mocnego wejścia instrumentów pojawiają się klubowe elementy, których chyba nikt z nas nie spodziewałby się w twórczości TH. Jak się okazuje goszczą one w praktycznie każdym utworze. I co teraz…słuchać dalej, wyłączyć? Może nie będzie wcale tak źle?
A no nie będzie, bo nowe wcale nie znaczy gorsze. Feel It All zarysowuje nam klimat panujący na całej płycie, wiemy czego należy się spodziewać. Dźwięki prosto z imprezy w klubie, nóżka chodzi, ale czy na pewno słuchamy dobrej płyty? Niemożliwe! Idealna piosenka na rozpoczęcie – czuję się zaskoczona, ale i zaintrygowana i oczywiście mam ochotę słuchać dalej.
Jak się okazuje w wyrażeniu emocji może nam pomóc opis warunków atmosferycznych, co zespół wytrwale stosuje już od pierwszej płyty (nie ma chyba osoby, która nie pamięta chociażby Durch den Monsun) i tak też tutaj mamy Stormy Weather – od razu wpada w ucho i zostaje w głowie na bardzo długo. Elektroniczne dodatki już nie dziwią, a wielokrotne słuchanie uzależnia!
Trzeci w kolejce jest Run, Run, Run do którego powstał pierwszy po przerwie teledysk. Ballada z wzruszającym tekstem potrafi wyciągnąć łzy nie tylko z wrażliwców. By zaczarować słuchacza wystarcza tylko śpiew Billa i gra Toma, taki prosty bliźniaczy duet o wielkiej mocy. W teledysku nic nas nie rozprasza: czarno-białe obrazy i gra świateł – nie ma wątpliwości, że liczy się tylko muzyka.
Love Who Loves You Back został wybrany na pierwszy singiel promujący album. W promocji zdecydowanie pomaga mu kontrowersyjny teledysk, który zdążył już poróżnić fanów zespołu i odkopać stare jak świat pytania o seksualność wokalisty. Oprócz tego w wideoklipie możemy w końcu zobaczyć całą czwórkę razem! Utworu słucha się bardzo przyjemnie, a jeszcze przyjemniej gdy wsłuchamy się w tekst i zrozumiemy płynące z niego przesłanie.
Przy dotychczasowych utworach dosyć słabo wypada Covered in Gold, który co prawda wpada w ucho, ale po dłuższej chwili staje się irytujący i mamy ochotę przełączyć piosenkę dalej. Zdecydowanie na niekorzyść zadziałało majstrowanie przy głosie Billa, moim zdaniem zupełnie zbędne.
W samym centrum płyty znajduje się kolejny kontrowersyjny utwór (są w ogóle inne?) Girl Got a Gun, do którego również powstał teledysk. Zarówno od strony dźwiękowej, jak i wizualnej trudno uwierzyć, że mówimy o tym samym Tokio Hotel, co kilka lat temu. Tekst przypominający wyliczankę, akcenty prosto z Dzikiego Zachodu, muzyczny miszmasz. Bliźniacy potwierdzili, że to jeden z pierwszych utworów napisanych na nową płytę – słychać. Chaos i niezdecydowanie…ale nie obiecuję, że nie wpadnie Wam w ucho.
Tytułowy singiel Kings of Suburbia wyraźnie wskazuje miejsce chłopaków w muzycznym biznesie. Są królami. Co prawda w utworze wspominają tylko o przedmieściach, ale przecież wiemy jak przez dobrych kilka lat rządzili w prawie każdym zakątku ziemi. Teraz znowu chcą być królami list przebojów, a ten utwór może im w tym bardzo pomóc! W końcu dostajemy stonowany utwór, w którym proporcje instrumentów i elektroniki są idealnie wyważone! Na to czekałam! W głowie ciągle brzmią ostatnie słowa utworu:
Join me under diamond skies everything will be alright
Po cudownym poprzedniku spływa na nas We Found Us. Nie chodzi tu nawet o wrażenie, że gdzieś to już słyszałam, ale o to, że nawet nie mam zamiaru czekać by dowiedzieć się, skąd pochodzi podobieństwo. Ciągle powtarzający się ten sam tekst i dobrana do niego muzyka zmuszają do wyłączenia. Moim zdaniem wyjątkowo słaby utwór na płycie.
Jeśli chcecie sobie popłakać przełączcie dalej Invaded, to kolejna piękna ballada, która mocno rywalizuje o miano najlepszego utworu. To także jeden z tych kawałków, które najbardziej nawiązują do dotychczasowego dorobku zespołu. Nastrojowo, sentymentalnie i co najważniejsze bez żadnej elektroniki!
Never Let You Down chodzi za mną od pierwszego przesłuchania. Bez słowa znoszę zbyt dużą obecność elektronicznych dodatków zmiksowanych z bardziej mówionymi niż śpiewanymi zwrotkami, by całkowicie oddać się brzmieniu refrenu.
Ostatni utwór w wersji standardowej to Louder Than Love, który po pierwszych dźwiękach zapowiada się na rockowy kawałek, jednak po chwili zostaje stłumiony elektroniką.
Na wersji Deluxe znalazło się kilka dodatkowych utworów: Masquerade utrzymana w ciekawym klimacie i przypominająca dotychczasowe kompozycje zespołu, a także mająca w sobie to coś, co zdecydowanie odpowiada za przyjemność ze słuchania. Wygląda na to, że w rozbudowanej wersji artyści postanowili nam przypomnieć lata swojej świetności, bo z kolejnym Dancing in the Dark jest podobnie – da się zauważyć podobieństwo do starszych piosenek i powspominać stare, dobre czasy.
The Heart Get No Sleep to wisienka na torcie i mój faworyt na albumie. Nie pogniewałabym się, gdyby to właśnie ten utwór był singlem promującym. Tutaj obecność elektroniki nie razi ani trochę i świetnie współgra z głosem Billa. Gwarantuje mimowolne nucenie i zajęcie Waszej pamięci! Ja wracam do niego najczęściej i myślę, że chociażby dla tej piosenki warto zainwestować w rozszerzoną wersję albumu.
Na zakończenie Great Day – wyciszające i uspokajające, chyba w celu stonowania naszych emocji po przesłuchaniu całego albumu. Na pożegnanie Bill śpiewa dla nas It’s a great day to say goodbye. Mam jednak nadzieję, że nie żegnamy się na długo!
Po pięciu latach przerwy każdy miał z pewnością osobiste oczekiwania do tej płyty. I założę się, że większość z Was nie spodziewała się takiej muzycznej niespodzianki. To czy nowy styl się przyjmie okaże się pewnie po kilku tygodniach, gdy poznamy dokładne wyniki sprzedaży płyt i zapoznamy się ze zdaniem fanów. Ja jestem pozytywnie zaskoczona i chociaż z sentymentem słucham poprzednich krążków, to nie zamykam się na nową twórczość. Za dominujące na płycie elektroniczne efekty odpowiedzialny jest Tom, który zajął się produkcją wszystkich kawałków. Głos Billa jest w stanie uratować każdy utwór i o ile nie jest zmodyfikowany, to nadaje piosenkom wiele magii. Niestety na płycie widać dużo mniejszy udział pozostałych członków zespołu – Georga i Gustava, wyraźnie przyćmionych przez bliźniaków. Zdecydowanym minusem jest także brak utworów w języku niemieckim, czyżby wpłynął na to długi pobyt w Ameryce?
Kings of Suburbia to efekt ryzykownej decyzji, która zakłada że czasem trzeba coś zmienić, żeby móc ruszyć z miejsca. Utwory porównałabym po prostu do życia – raz jesteśmy w imprezowym nastroju, raz mamy ochotę zanurzyć się we własnych przemyśleniach, a jeszcze innym razem po prostu dobrze się bawić przy wpadającej w ucho muzyce. Zespół dorósł, a fani razem z nim. Po kilkukrotnym przesłuchaniu stwierdzam, że płyta zajmie szczególne miejsce w mojej dyskografii – jako symbol odwagi do zmian. Mimo kilku niedociągnięć oceniam ją bardzo pozytywnie.


