Tokio Hotel – Kings of Suburbia (2014), recenzja Filipa Wiącka

Zanim powstały takie grupy jak One Direction, kiczowate The Wanted, The Vamps, 5SOS i wszystkie inne tego typu, nastolatki szalały za Tokio Hotel. Niemieckim zespołem grającym muzykę z pogranicza power popu, pop rocka oraz rocka alternatywnego. Mieszankę wcale nie taką złą. Wydali trzy niemieckojęzyczne (i ileś anglojęzycznych, ale w te się nie wsłuchiwałem) albumy, które odniosły całkiem spory sukces. Później w 2010 premierę miała składanka hitów, a o chłopakach słuch zaginął. Powracają w tym roku. Zmianę słychać.

Materiał na Kings of Suburbia Tokio Hotel zaczęli zbierać jeszcze w 2011. Tom oraz Bill wyjechali wówczas do Los Angeles i jak sami twierdzą, zainspirowało ich tamtejsze nocne życie. Ten pierwszy zajął się całym miksem i produkcją, a w dodatku (czym tylko wbił gwóźdź do trumny) powiedział, że większość piosenek powstało na komputerze. Ewentualne instrumenty dograno dopiero później. Auć.

Pierwszą zapowiedź albumu muzycy ujawnili w połowie września. Utwór Run, Run, Run zupełnie mnie zaskoczył i niejako zaprzecza temu, co Kaulitz przed premierą nam powiedział. To delikatna ballada bez żadnej ingerencji syntezatorów. W całości oparta jest na brzmieniu pianina oraz załamującym się momentami głosie Billa. Tekst nie należy może do szczególnie skomplikowanych, ale jak na historię o miłości jest naprawdę ładny i udany. Dlatego tym bardziej ubolewam nad ostatecznym brzmieniem Kings of Suburbia. Run, Run, Run brzmi, jakby zostało wrzucone tu przez przypadek. Grupa skierowała się bardziej w kierunku singla promocyjnego Girl Got a Gun oraz oficjalnego Love Who Loves You Back. Jest więc nowocześnie, elektroniczne, tanecznie. Gitar czy perkusji nie ma tu prawie w ogóle. Równie dobrze mogłaby to być solowa płyta Billa Kaulitza.

Z całego albumu spodobały mi się 3 utwory. Słownie: trzy na jedenaście. To żałośnie mała liczba, biorąc pod uwagę fakt, że na poprzednich zawsze znajdowałem sobie ich co najmniej 5-6. Pierwszym jest Run, Run, Run. Drugim kolejna ballada – Invaded. Właściwie mogę powiedzieć, że to druga wersja promocyjnego singla. Również słyszymy w niej pianino oraz wokal. W tym przypadku mamy ponadto instrumenty smyczkowe czy też gitarę, które nie pojawiały się w Run, Run, Run. Ładny tekst, piękna melodia – to wszystko przełożyło się na sukces nagrania. Z całej płyty Invaded zrobiło na mnie niewątpliwie największe wrażenie. Ostatnim kawałkiem, który przypadł mi do gustu, jest nagranie tytułowe. Tym razem nie otrzymujemy ballady, a dosyć przebojowy, dynamiczny utwór szybko wpadający w ucho. Od innych na krążku odróżnia go jednak fakt, że nie jest aż tak elektroniczny czy dyskotekowy.

Niestety – o ile wyżej wymienione piosenki są naprawdę dobre, o tyle od pozostałych rozbolała mnie głowa. Naprawdę, nie mam nic do muzyki tanecznej i electropopu. Niektórzy potrafią naprawdę ciekawie te gatunki wykorzystać. Mam jednak wrażenie, że Tokio Hotel nagrywając właśnie taki album, zwyczajnie się pogubili. Taka stylistyka kompletnie do nich nie pasuje. Posłuchajcie choćby zupełnie chybionego, bezbarwnego Feel It All, dyskotekowego We Found Us czy też stadionowego Louder than Love. Zrozumiecie. I aż szkoda pomyśleć, że na płycie są gorsze utwory. Stormy Weather całkiem podobałoby mi się, gdyby zostawić w nim same zwrotki. Brzmią ciekawie, usłyszymy w nich nawet gitary elektryczne, których tak brakuje w innych numerach. Porażką jest natomiast sam refren, w którym syntezatory oraz auto-tune znacznie przekroczyły zalecaną ilość. Załamuję także ręce nad kiczowatym singlem Love Who Loves You Back (czytając tekst oraz oglądając klip, prędzej nadałbym mu tytuł Fuck Who Fuckes You Back), niemiłosiernie irytującym i schematycznym Girl Got a Gun oraz bezsensownym, zdehumanizowanym Covered in Gold. Jeszcze gorsze jest tragiczne, tandetne, prostackie, przekomputeryzowane, syntetyczne… (mogę tak jeszcze długo) Never Let You Down. Tego nie da się przesłuchać w całości, nawet raz. Powiedziałbym wręcz, że to jeden z najgorszych tegorocznych utworów.

Tokio Hotel od zawsze byli produktem. Owszem, pisali swoje utwory, ale mieli także popularnych producentów, podpowiadaczy, ludzi dbających o ich wizerunek. I mimo tego do tej pory wypadali dobrze. Schrei czy Zimmer 483 do idealnych nie należą, ale słucha się ich przyjemnie, a i te niedoskonałości mają swój urok. Gorzej było na bardziej elektronicznym Humanoid. Tu już powinna zapalić mi się czerwona lampka: „o, coś jest nie tak”. Nie sądziłem jednak, że po 5 latach grupa spłodzi coś tak słabego, komercyjnego i do bólu nieoryginalnego jak Kings of Suburbia. Ich nowe piosenki mogłyby podbijać kluby, lecz najzwyczajniej w świecie źle się ich słucha. Trzy udane kawałki sprawy nie załatwią. Szkoda, wielka szkoda.

Tokio Hotel

Czytaj również