Michael Bublé – To Be Loved (2013), recenzja Marty Mrowiec

It’s a Beutiful Day było pierwszym singlem, który zapowiadał krążek Micheala Bublé. Wesoła i żywa piosenka, która napawała optymizmem. Dzisiaj śmiało i z czystym sumieniem mogę powiedzieć: It’s a beautiful album, It’s a beautiful voice, it’s a beutiful Michael!

15 kwietnia premierę miał szósty krążek w dyskografii Bublé zatytułowany To Be Loved. Album to 10 coverów oraz 4 autorskie kompozycje. Krążek pełen jest pozytywnych wibracji, nastraja optymizmem i co najważniejsze: nie nudzi. Poprzednim świątecznym albumem, który sprzedał się nakładem przekraczającym 7 mln egzemplarzy Michael postawił sobie wysoko poprzeczkę, dlatego ten album musiał być równie dobry, a nawet lepszy. Stąd przy jego tworzeniu współpracował z producentem Bobem Rockiem, który kojarzony może być z Metalliką czy Aerosmith. I choć Bublé to zupełnie inna bajka efekty ich pracy są znakomite.

Michael Bublé zabiera nas w świat miłości pokazując przeróżne jej oblicza. Z jednej strony album przepełniony jest szczęściem, pozytywnymi emocjami z drugiej miejscami nieco smutny i nostalgiczny. Bublé serwuje nam całą gamę uczuć. Płyta jest również romantyczna i czuć włożone w nią serce. Trudno jednoznacznie wskazać najlepsze utwory, gdyż słabych tutaj nie ma. Jak dla mnie muzycznymi perełkami są takie kompozycje jak Come Dance With Me za wrażliwość i piękną, radosną melodię i swingowy klimat, singlowe It’s a Beautiful Day za żywiołowość i energię oraz To Love Somebody za spokój i harmonię. Każdy numer coś w sobie ma, opowiada pewną historię i zapada w pamięć. To wysmakowane piosenki, dobrze zrobione i wyśpiewane zmysłowym wokalem artysty. Dopięte na ostatni, muzyczny guzik.

Wśród interpretacji Kanadyjczyka mamy takie utwory, jak choćby wspomniane  To Love Somebody w oryginale wykonywane przez Bee Gees, Nevertheless (I’m In Love With You) Deana Martina, Who’s Loving You rozsławione przez Jackson 5, czy numer Jackiego Wilsona To Be Loved, który stanowi również tytuł albumu. Na krążku nie zabrakło również gości. W Something Stupid razem z Bublé mamy Reese Winterspoon, a sam numer na początku wydaje się czerpać z muzyki nieco latynoskiej. Do Nevertheless (I’m In Love With You) Bublé zaprosił dziewczyny The Puppini Sisters, które również wspierały go na świątecznym wydawnictwie, a w After All usłyszeć możemy Bryana Adamsa. Każdy z gości stanowi ciekawe dopełnienie gospodarza, nadając ciepłego charakteru płycie.

https://www.youtube.com/watch?v=8NaYf8F8V1A

Michael Bublé to taki facet, który idealnie nadaje się do śpiewania o miłości i nikt mu nie zarzuci monotematyczności. Bo mało kto tak pięknie jak on potrafi śpiewać o miłości, której każdy z nas chce i szuka. Bo przecież każdy z nas kocha i jest kochany. Bublé mimo, iż wydawać by się mogło, że porusza nieco oklepany i na wszystkie sposoby upowszechniony temat to zachowuje tę niezwykłą elegancję, ciepło, swingowo-jazzową wibrację oryginalnych utworów. Już od lat przyzwyczaił nas, że jego płyty to piękna dawka ciepła, przyjemności i elegancji, która dominuje nad wszystkim.

Bublé swoim głosem (ale pewnie nie tylko ;)) zapewne kupił żeńską część publiczności, jednak jestem pewna, że również wielu panom ten krążek się spodoba. Nie ma tutaj landrynkowo–różowej cukierkowatości uczuć. Są bardzo smacznie i gustownie podane pozytywne numery, które zapadają w pamięć a co więcej pozwalają na chwilę odpocząć. Stylowe aranżacje, zmysłowy wokal, rewelacyjne melodie składają się na to, że album brzmi świetnie i mimo sięgania po covery bardzo świeżo.

[one_half last="last"][/su_column]
Michael Buble
Michael Buble, To Be Loved

Czytaj również