Shakira to z pewnością jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy w show-biznesie. Zadebiutowała już jako nastolatka w 1991 roku i od tego czasu jej kariera tylko nabierała tempa. Na przestrzeni lat udało jej się zdobyć kilkadziesiąt muzycznych nagród (w tym dwie Grammy), a aktualnie uznawana jest za najlepiej zarabiającą kolumbijską artystką wszech czasów. Co stoi za jej sukcesem?
Na pewno trzeba przyznać, że jej albumy na ogół trzymają całkiem wysoki poziom. Tutaj skupię się na jedynym z nich, a mianowicie She Wolf, który w tym roku będzie obchodził dziesiąte urodziny.
Sama piosenkarka uznała, że jej głównym celem było nagranie takich utworów, przy których słuchacze będą się dobrze bawić, czy też zapomną o wszystkich swoich problemach. Właśnie dlatego postanowiła połączyć elektropop z muzyką folkową.
I oczywiście znajdziemy tu trochę hitów, których trudno było nigdy nie usłyszeć, czy takich, które idealnie nadają się do tańca. Za przykład weźmy tytułowy She Wolf. Piosenka zyskała w większości pozytywne opinie krytyków, a w kilku krajach pokryła się złotem czy platyną. Nagrano nawet jej hiszpańską wersję pod tytułem Loba -ją również możemy znaleźć na tym albumie. Sama muszę przyznać, że jej tekst jest nieco kiczowaty (mamy tu porównania do wilków czy maszyn do kawy). Jednak sama muzyka faktycznie wpada w ucho. Ale jak wypadła przy tym reszta singli?
Moim faworytem jest utwór Gypsy. Jego brzmienie nieco zbliża się do wersji akustycznej. Mogę szczerze powiedzieć, że to miła odmiana na tle reszty albumu.
Przede wszystkim dlatego, że momentami płyta trochę nudzi. Niektóre z piosenek nic ciekawego nie wnoszą, a nawet męczą. Jest tak w przypadku Good Stuff. Na samym początku głos piosenkarki brzmi dość nienaturalnie i to zniszczyło mi całe pierwsze wrażenie. Podobny problem widzę w Men In This Town, gdzie z kolei całość zepsuła końcówka, której nie byłam w stanie przesłuchać. W obu przypadkach można podziwiać wysokie noty Shakiry, jednak utworów samych w sobie do najlepszych nie zaliczę.
Także jak widać cały album to lekkie skrajności. Od piosenek bardzo dobrych, po takie, których z pewnością więcej nie włączę. Dobrze, że edycja Delux składa się z aż 16 utworów, bo jest z czego wybierać. Mamy tu na przykład przerobiony singiel Did It Again. I według mnie ta wersja jest ciekawsza niż oryginał. Wszystko za sprawą Kid Cudiego, który nadaje tu dodatkowego wyrazu. Na featach znajdziemy również Lil Wayne’a. Współpraca z nim również okazała się całkiem niezła. Na tyle, że Give It Up To Me to jedna z moich ulubionych piosenek na płycie. Nie zapominam też o Spy, gdzie pojawia się Wyclef Jean. Powiem tylko, że żałuję, bo jego zwrotka mogłaby być zdecydowanie dłuższa. Ale przynajmniej Shakira nie została przyćmiona.
Chociaż fakt faktem jej głos akurat trudno przytłumić. Swoją karierę zawdzięcza na pewno właśnie tej nietuzinkowej barwie. Jednak czasami mam wrażenie, że jest trochę przereklamowana. Chociaż wszystko zależy od utworu. Tak jak do całości She Wof mam bardzo skrajne odczucia, tak na ogół Shakirę lubię. Zarówno w starszych, jak i nowych wydaniach. I dlatego czekam na to, co przyniesie jej dalsza praca.
