
Lubimy cofać się do tych płyt, które kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat temu skradły nasze serducha. Takim krążkiem jest na pewno Only by the Night rodziny Followill. Kiedy spojrzymy na niego z perspektywy 10 lat, bo dokładnie tyle skończy we wrześniu tego roku, okazuje się, że nadal słucha się jej z dużą przyjemnością. Nie bez powodu album na całym świecie pokrywał się nawet dziewięciokrotną platyną. Zatem co jest w nim tak interesującego?
Zespół Kings of Leon już od samego początku swojego istnienia był dość specyficzny. Już pierwszy krążek Youth and Young Manhood, wydany w 2003 roku, okazał się wielkim sukcesem. Wtedy o grupie usłyszała spora część muzycznego świata. Intrygujący wokal Caleba, okraszony w niecodzienny wyraz brzmieniowy, był czymś, wtedy jeszcze innowacyjnym. Przynajmniej w takim wydaniu alternatywnego rocka nie było w muzyce zbyt dużo. Jeśli już się pojawiał, nie stawał się komercyjnym. Tak natomiast potoczyła się droga Kings of Leon, którzy przez płyty Aha Shake Heartbreak oraz Because of the Times dotarli do Only by the Night. Co zawsze było najciekawszą zagadką dotyczącą zespołu, to fakt, że rodzina Followill pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, jednak ich muzyka zawsze najbardziej trafiała w ucho mieszkańców Wysp Brytyjskich. Prawda jest taka, że bliżej grupie do wyspiarskiego brzmienia niż, tej typowej muzyki z Tennessee.
Wracając do samego krążka, znajdziemy w nim kilka różnych perspektyw. Pierwsza z nich dotyczy oczywiście tych bardziej rytmicznych i niemal stadionowych utworów. Do tej grupy przede wszystkim trzeba zaliczyć dwa najbardziej znane single, a mianowicie Sex on Fire, a także Use Somebody. W odniesieniu do pierwszego z nich okazuje się, że alternatywna wersja rocka, może być prosta i melodyjna. Pierwszoplanowa gitara napędza tempo, aż do czasu osiągnięcia soczystego refrenu, gdzie staje zaraz obok linii wokalu. Use Somebody jest natomiast kompozycją typowego hymnu koncertowego. Wzniosłe intro, spowolnienie w zwrotce, kierujące się do wybuchu emocjonalnego w refrenie. Na tego typu budowę utworu możemy także natrafić w 17, czy Be Somebody. W tym drugim przypadku sporą część nastroju tworzą silne bębny w zwrotce.
Druga z perspektyw dotyczy utworów, które można włożyć w półkę typowo alternatywnego, nieskomercjalizowanego rocka. Tutaj pierwszym kandydatem jest kompozycja Crawl. Jej brudny gitarowy riff kreuje brzmienie całego utworu. Na czelę wysuwa się także solo wiosła w mostku. Poprzedzający Closer, jest może niekoniecznie dobry jak na nr 1 tracklisty. Jednak ukazuje nam przede wszystkim moc wokalu Caleba, gdyż to jego głos prowadzi nas przez wszystkie emocje kompozycji. Delikatniejszą wersję Followillów poznamy w I Want You, które poprzez linię basu i nieco niechlujny wokal, przenosi nas muzycznie w miejsce, którym się wychowali. Dodatkowo obok można ustawić Notion, którego gitara prowadząca wyjęta jest ze starych klubów Tennessee. Jak na każdej rockowej płycie nie zabrakło oczywiście ballad. Tutaj przede wszystkim kłania nam się emocjonalne Revelry. Jest ono idealnym przełamaniem brzmienia, wplecionym w sam środek tracklisty. Wcześniej mamy okazję posłuchać mniej wartościowego utworu Manhattan. Płytę zamyka wolne i niestety trochę przeciągnięte Cold Desert. Plusem kompozycji jest jednak jej zmysłowość.
Wiele osób uważa płytę Only by the Night, za tą nie do końca udaną, przede wszystkim ze względu na efekt komercji jak wkradł się wtedy z zespół. Jednak nic w tym złego, jeśli Followillowie potrafili poradzić sobie z efektem komercji i nadal tworzyć wartościową muzykę. Przykładem jest chociażby wydany 5 lat później krążek Mechanical Bull, gdzie potrafili ukazać swoją kolejną twarz. Myślę, że sama płyta Only by the Night otworzyła im na prawdę wiele drzwi. Nie tylko tych muzycznych.


