
12 lipiec 1979 roku znany jest jako dzień, w którym umarło disco. Tego dnia kilku miłośników rockowych brzmień, którym nie podobało się, że na listach przebojów ich ulubieńcy wciąż przegrywają z wykonawcami z nurtu disco, postanowiło wykorzystać wydarzenie, jakim był mecz baseballu, i zaoferowało tańsze wejściówki w zamian za przyniesienie płyt z muzyką taneczną, które w przerwie zostały wysadzone w powietrze. Informacja o zdemolowaniu winyli obiegła Amerykę, a popularność disco zaczęła systematycznie spadać. W nosie miała to Grace Jones, która dwa miesiące później wydała album Muse.
Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich krążków (Portfolio i Fame) pochodząca z Jamajki wokalistka spędzała w studiu czas z Tomem Moultonem. Z poprzednimi albumami płytę Muse łączy także pełna żywych barw okładkowa grafika oraz pomysł, by pierwszych parę piosenek tworzyło disco suitę. Sinning, Suffer, Repentance (Forgive Me) i Saved płynnie przechodzą jedno w drugie, nie będąc jednak kalką samych siebie. Łączą się w opowieść o grzeszniku, który zdaje sobie sprawę, że nie zawsze jego postępowanie było właściwe (I didn’t know I was only having fun, I didn’t think I was hurting anyone). Z tego całego zbioru moim faworytem jest wpadające w ucho Suffer z gościnnymi wokalami niejakiego Thora Baldurssona, niemalże musicalowymi partiami Jones oraz podszytą lekkim dramatyzmem aranżacją. Nie jestem zaś fanką przydługiego (siedem minut!), przaśnego Saved. Druga część Muse zaczyna się rewelacyjnie. Atlantic City Gambler jest mroczne i tajemnicze, a całości smaczku jeszcze bardziej dodaje wiele przegadanych przez artystkę wersów. Mamy tu także brzmiące poważniej, ale jednocześnie nowocześniej (mimo zarejestrowania w 1976 roku na potrzeby pewnego włoskiego filmu) I’ll Find My Way to You; jaku ulał pasujące do silnej osobowości Grace Don’t Mess with the Messer oraz wzbogacone chórkami, taneczne On Your Knees.
Do trzech razy sztuka, chciałoby się powiedzieć po lekturze Muse, albumu wieńczącego erę disco w twórczości Grace Jones. Ostatnia część dyskotekowej trylogii podoba mi się najbardziej, lecz nadal nie jest to płyta, do której jakoś szczególnie chętnie bym wracała. Potrzebowałam znajomości z Portfolio, Fame i przybliżanym dziś Muse by stwierdzić, że do zabawy pasują mi bardziej lżejsze kawałki. Grace wiele swych patentów powiela, ale przyciąga uwagę wokalami (z płyty na płytę coraz lepszymi) i niebanalnymi tekstami.
- Data premiery:
- Single:
