Jest rok 1977. Pod ścianą, w rogu pomieszczenia w studio nagraniowym siedzi młoda kobieta. W ręku ma notatnik i długopis, obok stos książek. Otacza ją czerwień ścian…

Tą młodą kobietą była Stevie Nicks, a to, co wyszło tamtego dnia spod jej ręki, stało się utworem, który towarzyszy jej do dziś ciesząc się niezmienną popularnością i sympatią fanów.
Mowa oczywiście o Dreams, jednym z największych przebojów grupy Fleetwood Mac. Pochodzi on z ich największego sukcesu komercyjnego, albumu Rumours!
Krążek należy już do kanonu. Większość ludzi albo posiada go w jakiejś formie, albo go słuchała albo chociaż o nim słyszała. Jego siła nie słabnie, a utwory nadal są aktualne. Nie ma tu mowy o tak zwanym „trącaniu myszką.
Drugie wydawnictwo tego najbardziej znanego składu zespołu to prawdziwy gar pełen wrzących emocji i pasji. Jak w skrócie wygląda sytuacja?
Mamy pięciu fantastycznych artystów, dwa rozpadające się związki, pięciu cierpiących indywidualistów i trzy różne perspektywy.
Jest bardzo poetycki wkład Stevie Nicks (Dreams, Gold Dust Woman), bolesna otwartość i perfekcjonizm Lindsey Buckinghama (Second Hand News, Never Going Back Again), oraz emocjonalna delikatność i wrażliwość Christine McVie (Oh Daddy, Songbird). To wszystko zebrane w całość w ramach 35 minut. Dużo? Bo też i wiele się działo podczas powstawania materiału.
Kluczowym wydarzeniem nadającym niejako kształt całości było burzliwe rozstanie Lindsey i Stevie. Między innymi zrodziło ono takie niezapomniane utwory jak pełne pasji i gniewu Go Your Own Way pióra Buckinghama. Wylewa on w nim otwarcie wszystkie swoje pretensje do byłej partnerki, niemal policzkując ją werbalnie.
Nie dziwi więc fakt, że po latach Nicks wyznała, za każdym razem gdy musiała wykonywać tę piosenkę była wręcz wściekła oraz jak wiele zakulisowych, a czasem nawet i takich na samej scenie, napięć i kłótni wywoływała kompozycja. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że sama artystka wybierała całkiem odmienny, wspomniany już wyżej poetycki styl, a tym samym znacznie mniej oczywiste, trudne do rozszyfrowania środki przekazu.
Weźmy na tapet choćby cudowne, kończące płytę Gold Dust Woman.
Podczas gdy większość myśli, iż jest to utwór nawiązujący do narkotyków których, co nie jest tajemnicą, w tamtym czasie w życiu zespołu było niemało, Stevie wyznała, że napisała go jeszcze na długo przed początkami nałogu. Co więc miała na myśli? Do końca wie tylko ona sama, a nam, słuchaczom, pozostaje cieszyć się mistycznymi dźwiękami tajemniczego numeru. Trudno więc o szok słysząc, że podane tak wprost problemy jej związku z gitarzystą nie były jej ulubionym tematem piosenek.
Groźne, białe bałwany wzbijane przez kłótnie tej dwójki przyćmiły, zwłaszcza w obecnym odbiorze Rumours jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt hstorii powstawania tego albumu. Inny ból. Związany z innym rozstaniem w zespole.
Małżeństwo Christine i Johna McVie również nie przetrwało, a powstałe w wyniku tego kompozycje Christine wzruszają do dziś.
Niesamowicie dojrzałe Oh Daddy czy Songbird to prawdziwe perły pełne smutku, samotności i prawdziwej, „złamanej” miłości.
Songbird przez lata kończył koncerty Fleetwood Mac. Mineły dekady nim członkowie grupy przyznali, że słuchając piosenki na scenie każdy z nich miał łzy w oczach. Trudno się dziwić.
Rumours nie jest materiałem lekkim emocjonalnie ale też nie przytłacza podczas odsłuchu. Po prostu porusza. Niezmiennie od ponad 40 lat.
Gdzie leży jego siła? Jak udało mu się przetrwać tak długo we świadomości ogółu? Może sekretem do sukcesu jest sedno sławnej już wypowiedzi zespołu zapytanego o album:
„The truth about Rumours was that Rumours was the truth”
