Bruno Mars to dziś jedno z największych nazwisk w popkulturze. Przeboje za przebojami, współpraca z wielkimi artystami, wyprzedane koncerty na całym świecie. O takiej karierze marzy wielu. Aż trudno uwierzyć, że od debiutu Amerykanina minęło dopiero osiem lat. To właśnie w 2010 roku pojawiła się płyta Doo-Wops & Hooligans, dzięki której wokalista z impetem wszedł do branży muzycznej. Czy album pełen hitów ma coś ciekawego do zaoferowania po tych kilku latach? Sprawdźmy.

Pojawił się wręcz znikąd i niemal natychmiast zachwycił miliony. Tak można w wielkim skrócie opisać początek wielkiej kariery Bruno Marsa. Peter Gene Hernandez, bo tak naprawdę nazywa się wokalista z Hawajów, pracował na tak udany start w branży bardzo długo. Przez wiele lat pisał i tworzył utwory dla innych artystów (m.in. CeeLo Green, Flo Rida, Sugababes, Alexandra Burke), licząc na zauważenie. W końcu udało się. Przyszła pora na niezwykle udane współprace, czyli hitowe single Nothin’ On You z B.o.B i Billionaire z Traviem McCoyem, które dały wówczas 25-letniemu muzykowi ogromne szanse na rozwinięcie skrzydeł. No i rozwinął.
W październiku 2010 roku zaprezentował debiutancką płytę zatytułowaną Doo-Wops & Hooligans, którą jeszcze przed wydaniem promowały dwa wielkie radiowe przeboje: romantyczne i pełne uroku Just The Way You Are oraz smutne i wręcz bolesne Grenade. Oba single wykonały świetnie swoją robotę i sprawiły, że Mars stał się jednym z najgorętszych nowych nazwisk w muzyce. Mimo że od ich wydania minęło już tyle lat, nadal potrafią zachwycić klimatem niejednego słuchacza. Popowe majstersztyki, które wciąż mają to coś w sobie.
Album Doo-Wops & Hooligans ciężko dokładnie skatalogować i przypisać do jednego gatunku muzycznego. To płyta-mieszanka, w której Bruno Mars zawarł mnóstwo elementów popu, r&b czy chociażby reggae. Wygląda na to, że Amerykanin chciał dogodzić niemal każdemu słuchaczowi. Jest tu wszystko dla wszystkich, więc krążek niejednokrotnie traci swoją tożsamość. Pełna emocji i czerpiąca garściami z r&b ballada Talking To The Moon, powolne i sensualne Our First Time, słodkie i mocno nawiązujące do twórczości Jasona Mraza Count on Me czy wyciągnięte wprost z Jamajki The Lazy Song i Liquor Store Blues, gdzie pojawia się Damian Marley – syn legendarnego Boba Marleya.
Dzieje się tu totalny miszmasz gatunkowy, który czasami wręcz drażni. Słychać to zwłaszcza po wielu latach od premiery. Nie oznacza to jednak, że piosenki z debiutu Marsa to złe i niewarte uwagi kompozycje. Każda z nich, choć nie zawsze może udana, ma coś innego do zaoferowania. Od początku swojej kariery Amerykanin postawił bowiem na odważną zabawę z muzyką. Popowe melodie przeplatają się tu z wpadającymi z ucho refrenami, świetnymi wokalnie momentami oraz prostymi i udanymi, ale czasami niestety też tandetnymi tekstami.
Ciężko nie odnieść wrażenia, że Doo-Wops & Hooligans to dzieło, które dość słabo starzeje się. Po tych ponad ośmiu latach od wydania niektórym piosenkom brakuje świeżości, co zwyczajnie utrudnia odbiór albumu. Wciąż jednak świetnie słucha się żywiołowego i bardzo retro Runaway Baby, inspirowanego doo-wop Marry You czy wspomnianych już hitowych singli.
Doo-Wops & Hooligans Bruno Marsa to 10 piosenek, które w 2010 roku idealnie spełniły swoją rolę. Pozwoliły młodemu artyście zaistnieć i stać się w ekspresowym tempie gorącym nazwiskiem w świecie popu. Nie jest to album idealny, ale robi swoje. Daje słuchaczowi przyjemność i dużo od niego nie wymaga. Jest bardzo różnorodny, co niekiedy staje się jednak jego wadą. Dobry debiut.
