Płytę New Jersey z reguły wymienia się obok Slippery When Wet jako najlepsze dokonanie Bon Jovi. Udane zarówno pod względem artystycznym jak i z punktu sukcesu komercyjnego, wniosło do historii rocka i lat 80-tych ponadczasowe przeboje oraz niezapomniane teledyski, które towarzyszą nam od dokładnie trzydziestu lat.

Pierwsze dwa albumy, imienne Bon Jovi i jego następca 7800° Fahrenheit mimo sympatii wielu fanów, nie przyniosły oczekiwanego przez muzyków globalnego sukcesu. Zespół postanowił nieco zmienić metody pracy. Otrzymali od lidera grupy KISS – Paula Stanleya, numer telefonu do legendarnego kompozytora Desmonda Childa, który przyjął propozycję nowej współpracy i wspólnie z Richie’m Samborą, Jonem Bon Jovi i spółką nagrali You Give Love A Bad Name. To był strzał w dziesiątkę. Trzecie wydawnictwo Slippery When Wet stało się kultowym symbolem lat osiemdziesiątych oraz trafił do ponad dwudziestu milionów par rąk. Wyobraźcie sobie, że jest 1987 rok i słuchacie go na czarnym krążku. Jedni twierdzą, że to rodzaj albumu od zespołu, który przetrwa przez jeden sezon. Drudzy są nim absolutnie zachwyceni. Potem pojawiło się New Jersey i podarowało wszystkim niedowiarkom ostrego kopa w cztery litery.
Czwarta płyta studyjna Bon Jovi została wydana w 1988 roku, niemal natychmiast po Slippery When Wet. Pierwotnie o roboczym tytułem Sons Of Beaches, otrzymała nazwę od stanu, z którego pochodzą muzycy. Podobnie jak na poprzednim krążku, oprócz współodpowiedzialnego za kompozycje Childa nad końcowym kształtem płyty pracował sprawdzony team składający się z uznanych twórców, m.in. Bruce Fairbairna i Boby Rocka. Koniec o suchych faktach, pora przejść do muzycznych konkretów.

Trudno sobie wyobrazić lepsze wejście od Lay your Hands on Me. Epickie intro budujące napięcie, następnie nabiera gospelowe akcenty i tak naprawdę już w tym momencie muzycy dają do zrozumienia, że podeszli do sprawy poważnie i nie zamierzają spuszczać z tonu. Muzyczną swobodę i dobrą zabawę zapewnia Bad Medicine, która uderza rytmicznym brzmieniem i zgranymi chórami, co od początku było dodatkowym atutem Bon Jovi, podobnie jak poczucie humoru dołączone w pakiecie z talentem. To również najlepszy moment, aby wspomnieć o teledyskach, które dodawały jeszcze większego kolorytu kompozycjom i dopieszczały erę New Jersey do najmniejszych detali. Żaden rockowy zespół nie może się równać z ilością i jakością nagrywanych przez nich klipów. Jon Bon Jovi, Richie Sambora i spółka tworzyli świetne show, czy w studiu nagraniowym, czy na zaludnionym stadionie – działo się!
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego liryczne kompozycje w wykonaniu rockowych artystów są tak nieprzychylnie odbierane przez większość krytyków. W tej dziedzinie każdy tekst o romantycznym tonie z miejsca został skazywany na porażkę. Pociesza jednak fakt, iż słuchacze mają takowe opinie w głębokim poważaniu, a dostarczające emocji Born To Me Baby, I’ll Be There For You, czy Living in Sin stały się ponadczasowym symbolem miłosnych kompozycji w świecie mocniejszego brzmienia, ani trochę nie tracąc przy tym rockowego charakteru. W Living in Sin mamy bardzo nastrojową zwrotkę i głośny, podbijany gitarowym riffem refren, a w najbardziej rozpoznawalnej balladzie I’ll Be There For You – ekspresyjny, wykrzyczany refren.
Niemniej nostalgicznie jest przy Blood on Blood. Kolejny pretendent na hymn, która ma mnóstwo akcji perkusyjnych od Tico, kolejne potężne solo Richiego i naprawdę świetny, szybko trafiający do pamięci i zostający w niej na długo refren. Głośne Homebound Train unosi i słyszy się go ścisłej czołówce faworytów, dopóki piosenka nie spada (dosłownie) w refrenie. Pojawia się sprzeczne wrażenie, że za chwilę się podniesie, ale tak nie jest. Kawałek z ogromnym potencjałem, który pozostał konkretnym i nierozczarowującym uzupełnieniem tracklisty. Teoretycznie, każda wypuszczona kompozycja z New Jersey miałaby szansę powalczyć o kolejny numer jeden na listach, a w tym gronie najbardziej brakuje mi Wild Is The Wind z szalenie wpadającym w ucho refrenem. Czarująca klasyka rocka zawarta w pięciu minutach, początkowo wprowadzona przez piękną gitarą akustyczną, aż nareszcie niesioną przez zadbaną melodię i wokal Jona. Kowbojski duch nie opuszcza ani na moment przy takich utworach jak stonowanym Stick To Your Guns i rozpędzonym 99 In The Shade. Z kolei z Love For Sale zabawa staje się bluesowa, a ty poczujesz się jak dobry kumpel muzyków spędzając z nimi 4 minuty w knajpie.
O New Jersey można powiedzieć naprawdę wiele. Wielbiciele melodyjnego i hard rocka wiedzą, że jest to miłość dożywotnia, przechodząca próbę czasu – a ten nie jest łaskawy, zwłaszcza dla nich. Dziś może się wydawać, że wysoka ocena jest efektem nostalgii i reakcji na niedobór danego brzmienia we współczesnej muzyce, jednak gdybym trzydzieści lat miała wystawiać album pod twórczy osąd, rezultat byłby taki sam. To po prostu kawał konkretnego grania, melodii i treści, które się uzupełniają, trafiają do duszy i pozostają tam na zawsze.
