Throwback review: Avril Lavigne – Under My Skin (2004), recenzja Adrianny Małolepszy

Inne recenzje

Kto z osób urodzonych w latach 90. choćby nie kojarzy takich hitów jak Nobody’s Home czy My Happy Ending! Miały się one szansę zapisać w naszej świadomości za sprawą drugiego albumu Awil LavigneUnder My Skin.

Po czterech kolejnych płytach i piętnastu latach od premiery, wydany w 2004 roku krążek przez znaczne grono fanów wciąż uznawany jest za najlepszy w dorobku artystki. Jeśli nawet ktoś z jakiegoś powodu nie potrafi przywołać w pamięci konkretnych pochodzących z niego utworów, to na pewno ma w głowie obraz tak popularnego wtedy, między innymi za sprawą kanadyjki, lekko punk-rockowego imagu.
Czarne ubrania, mocny, ciemny makijaż, ćwieki… Zrobił on wtedy furorę wśród nastolatków. Piosenkarka zostanie mu wierna jeszcze przez co najmniej 3 lata. Był wyrazem buntu, który poza Lavigne w popkulturze reprezentowała wtedy choćby P!nk.
Obrany przez nie styl okazał się bardzo potrzebną, idealną przeciwwagą dla lekkiego, słodkiego podejścia lansowanego przez popularne na przełomie dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych boysbandów, girlsbandów, czy takich nazwisk jak na przykład Britney Spears.

Oczywiście image nierozerwalnie wiązał się z muzyką jaką prezentowała w tamtym czasie Avril. Dużo tam ciężkich gitar i perkusji, a brzmienie i wokale prowadzone są tak, by wpasować się w tę buntowniczą stylistykę.
Mam wrażenie, że ogrom popularności jakim mogła poszczycić się wtedy Lavigne jest w bardzo dużej mierze związany z jej charyzmą, owym stylem i brzmieniem.

Jest jednak jeszcze jeden ogromnie ważny aspekt. Tematyka i autentyczność piosenek.
Dziewczyna opisuje w nich emocje i przeżycia swoje i swoich rówieśników bardzo szczerze i otwarcie. Wydaje się niczego nie zatajać. Nie boi się być dosadna. Właśnie dzięki temu nastolatki tak bardzo się z nią utożsamiły i polubiły. Under My Skin to ich problemy, ich rozterki, ich sposób wyrażania się.
Patrząc na niektóre z tych tekstów teraz, z perspektywy osoby dorosłej widzę w nich momentami infantylność, ale jest jej niewiele, a w tamtym czasie kawałki sprawdziły się przecież idealnie, a najbardziej liczy się w nich wspomniana już autentyczność.

„Thought I liked you a lot, but i’m really upset”
„I’m really bored, it’s getting late, what happened to my saturday
Monday’s coming, the day i hate.”

Zresztą, część tracklisty drugiego studyjnego wydawnictwa gwiazdy do dziś jest nieodzownym elementem koncertów i występów. Mam na myśli choćby przypomniane już we wstępie My Happy Ending czy pisane o licealnej znajomej kanadyjki, Nobody’s Home. Od momentu wydania, przez lata utwory te ustanowiły swoją pozycję jako jedne z jej największych hitów.

Zarówno samo Under My Skin, jak i Avril Lavigne są ważnymi składowymi okresu dorastania mojego i mojego pokolenia. Chyba więc zawsze będę czuła z nimi jakiś związek, albo chociaż nostalgię.
Zastanawia mnie jedno. Czy tematyka krążka, i sposób w jaki została ujęta są na tyle uniwersalne, by kolejna generacja mogła utożsamić się z nim tak samo mocno jak ta poprzednia, czy jednak jest to muzyka tylko obecnych dwudziestoparolatków i nie udało się jej uniknąć naznaczenia czasem…

Avril Lavigne - Under My Skin
  • Data premiery: 19 05 2004
  • Single: Don't Tell Me, My Happy Ending, Nobody's Home, He Wasn't
Najlepsze utwory: Forgotten, Nobody's Home, My Happy Ending, Slipped Away
Najsłabsze utwory: I Always Get What I Want


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również

Kto z osób urodzonych w latach 90. choćby nie kojarzy takich hitów jak Nobody's Home czy My Happy Ending! Miały się one szansę zapisać w naszej świadomości za sprawą drugiego albumu Awil Lavigne - Under My Skin. Po czterech kolejnych płytach i piętnastu latach od...Throwback review: Avril Lavigne - Under My Skin (2004), recenzja Adrianny Małolepszy