Można powiedzieć, że Taylor Swift ma wszystko. Miliony sprzedanych albumów, międzynarodowe hity, mnóstwo fanów na całym świecie. Zanim jednak wokalistka osiągnęła wielki sukces, była zwykłą dziewczyną z sąsiedztwa. Również miała marzenia. Jednym z nich najwyraźniej był świąteczny album. I tak w październiku 2007 ukazało się Sounds of the Season: The Taylor Swift Holiday Collection.
Na EP-kę Sounds of the Season: The Taylor Swift Holiday Collection składa się jedynie sześć utworów. Nie jest to wielka liczba, jak się jednak okazuje – optymalna. Dlaczego? Do tego jeszcze wrócę. Wokalistka nie zdecydowała się na typowo świąteczną muzykę. Nie usłyszymy tu więc dzwoneczków, trąbek, smyczków. Zamiast tego typowe dla Taylor wpływy country. Mamy więc sporo gitary akustycznej, ładny wokal Swift, urocze teksty (autorskie kawałki). O ile jednak w przypadku studyjnych nagrań ten patent się sprawdza, tak przy świątecznym wydawnictwie usnąć można.
Christmas Must Be Something More… than this record
Poza scoverowaniem popularnych świątecznych utworów Taylor przygotowała dwie zupełnie nowe kompozycje. Wokalistka ma talent do pisania utworów o złamanym sercu. Takie jest właśnie Christmases When You Were Mine. Przyznam, że podoba mi się tekst tego utworu. Swift śpiewa m.in.
I know this shouldn’t be a lonely time
But there were Christmases when you were mine
W dalszej części kawałek staje się jeszcze smutniejszy, niemal depresyjny. Artystka dostosowała się do tego ponurego klimatu. Zaśpiewała stonowanym wokalem, niepozbawionym jednak emocji. Pod względem samej muzyki utwór to zawierająca wpływy country ballada z ładnym, przyjemnym refrenem. Uważam, że to bardzo dobry utwór, który na Sounds of the Season: The Taylor Swift Holiday Collection wyrasta na mojego zdecydowanego faworyta. Tyle dobrego nie mogę powiedzieć o drugim autorskim kawałku. Christmas Must Be Something More brzmi bardziej nowocześnie od wyżej wymienionej ballady. To szybszy, bardziej radosny numer z ciekawym, dającym do myślenia tekstem. Mimo tego nie przypadł mi zbytnio do gustu. Wokalistka co prawda brzmi w nim całkiem nie najgorzej, ale w piosence w ogóle nie czuć świątecznej atmosfery. I to samo mógłbym niestety napisać o prawie każdym utworze.
Minusa piosenkarka ma już za sam dobór utworów. Przede wszystkim – po co tu Last Christmas? Choć piosenka wraca do nas co roku, mnie przeokropnie irytuje. Uważam, że to słaby kawałek i naprawdę trudno zrobić z niego coś ciekawego. Taylor wzięła się za ten kawałek i – co tu dużo mówić – poległa. Jej wersja jest przesłodzona i nieudana. Zamiast tego mogła nagrać Have Yourself a Merry Little Christmas lub O Holy Night. Czy też nie uważacie, że wyszłyby lepiej? Idąc dalej – kolejną pomyłką jest dla mnie Santa Baby. Kawałek ten najbardziej lubię w seksownym wykonaniu Kylie Minogue. Przy niej Swift wypada nijako. Czemu zamiast tego nie wzięła się za Joy to the World? Silent Night da się znieść, ale w porównaniu do innych, przepięknych wersji ten cover wypada pusto, bezbarwnie. Niczym się nie wyróżnia. Honor coverów z Sounds of the Season: The Taylor Swift Holiday Collection ratuje White Christmas. Wreszcie w tym utworze poczułem pozytywizm i radość z nadchodzących świąt. Szkoda, że tylko w jednej kompozycji.
Last Christmas I wanted more money…
…bo jeśli nie pieniądze, to dlaczego wokalistka zdecydowała się na wydanie tego albumiku? Dochód przyniósł – w USA (mimo braku promocji) sprzedano prawie milion jego kopii. Tymczasem ja nazwałbym Sounds of the Season: The Taylor Swift Holiday Collection krążkiem świątecznym z nazwy. Nie ma tu ani radości, ani refleksyjnego nastroju. Utwory po prostu są. Poza pięknym Christmases When You Were Mine nie znalazłem tu kawałka, do którego miałbym ochotę wracać. I przyznam, że nawet cieszę się, że mamy tu jedynie 6 numerów. Przy większej ilości chyba bym usnął. Oj słabo Taylor, słabo.

