The Subways – The Subways (2015), recenzja Michała Szuma

Wydawać by się mogło, że początek roku jest złą porą na wypuszczenie dobrej płyty, gdyż w tym okresie ludzie albo wciąż żyją podsumowaniami roku ubiegłego i płytami, które królowały parę miesięcy temu,  albo jeszcze fascynują się tymi najlepszymi z jego końcówki. Jednak być może to tylko głupie gadanie, gdyż parę dzielnych zespołów uwierzyło w swoją siłę przebicia i postanowiło wydać na świat swoje nowe ‘dzieci’ już na początku 2015 roku. Jednym z takich zespołów ‘tuż po rozwiązaniu’ jest brytyjskie power trio The Subways , które swój album wydało 7. lutego nakładem Cooking Vinyl.

Ile jest The Subways w The Subways?

Po sukcesie wcześniejszego krążka, Money and Celebrity, gitarzysta Billy Lun, basistka Charlotte Cooper oraz perkusista Josh Morgan, zyskali sporą rzeszę fanów, dzięki czemu mogli szerzej promować swoją muzykę, grać koncerty na całym świecie oraz pozwolić sobie na wydanie The Subways już na początku roku. Wydawnictwo zawiera 12 utworów, których listę otwierają trzy promujące płytę single: My Heart Is Pumping to a Brand New Beat, I’m In Love and It’s burning In My Soul oraz Taking All The Blame. Spoglądając po raz pierwszy na tytuły powyższych kawałków bałem się, że będzie to dość uboga w treść i brzmienie składanka popowo-smerfnych hitów, które swoją słodyczą zemdlą nawet najzagorzalszych amatorów pustych kalorii. I o ile w przypadku szaty lirycznej się nie pomyliłem, o tyle w tej drugiej kwestii czekało na mnie bardzo duże zaskoczenie.

Już pierwszy utwór rozwiał moje wszelkie wątpliwości i jedynie utwierdził w przekonaniu, że okładka ma się do książki (tudzież płyty) jak politycy do prawdy – nijak.  Piosenka jest wprawdzie dość stonowana, chociażby w porównaniu do następnych na płycie, jednak już na początku daje nam gwarancję mocnego brzmienia z pazurem, z charakterystycznie podkreśloną linią rytmiczną i kapitalnymi akustycznymi wstawkami. Ten klimat jest jeszcze bardziej rozpalany w utworze drugim, gdzie tempo minimalnie spada, jednak przester daje nieco ostrzejsze brzmienie, bas gra nieco niżej, a wokale nieco mniej drażnią swą piskliwością. Wtedy to następuje zwrot akcji, gdyż na przekór wszystkiemu trzecia w kolejce piosenka jest półelektryczną i półrzewną balladą, która jednak dalej ciągnie rock’n’rollowy charakter płyty poprzez kapitalną robotę, jaką wykonuje w niej perkusja. Dobrym posunięciem było także odsunięcie basu na dalszy plan, gdyż pozwala się to skupić na akustycznej stronie piosenki.

Gdyby jednak takie granie nie zadowalało w pełni melomanów preferujących muzykę unplugged, w piosence numer 6 pt. Because of You możemy usłyszeć jedynie takie brzmienie. Ponadto klimat budowany jest przez delikatne chórki Charlotte, a całość wzbogacona jest dodatkowo przez werbel, z którego tylko co jakiś czas słychać rytmicznie wybijaną melodię. I kiedy tak słuchacz odpływa gdzieś w dal podczas końcowych nutek tej w pełni rzewnej ballady, chwilę później płyta po raz kolejny może go zaskoczyć, a to za sprawą Just Like Jude, które to jest najszybszą piosenką na całym krążku. Kawałek trwa wprawdzie jedynie 1:44, za co trzeba trio skarcić, lecz niesamowite tempo i energia utrzymywane są przez cały czas jej trwania na równym i wysokim poziomie. Piosenka nie jest nachalna, wokale nie są piskliwe ani zbyt stonowane, gitary nie przeszkadzają w odbiorze utworu jako całości, a ów całość pachnie letnim zachodem słońca nad jeziorem. I gdyby nie pewien twór, który na liście odtwarzania ukrywa się pod numerem 10, to właśnie Just Like Jude byłaby moją ulubioną kompozycją z The Subways. Tak się natomiast nie stało ze względu na to, że na tym samym krążku ukazał się także utwór Black Letter, który to otrzymuje moją prywatną nagrodę najlepszej piosenki. Jest on tak bardzo przesiąknięty różnymi inspiracjami, że aż ciężko byłoby je wszystkie wymienić. Pierwsze, co narzuca mi się niemal automatycznie, jako osobie obeznanej z dyskografią zespołu, to myśl: ‘Hej! Przecież to jest Young For Eternity (debiutancki album trio), tyle że podrasowane! Czad!’. I tak faktycznie jest: brzmienie rodem z debiutu z tą różnicą, że jest ono dojrzalsze, bardziej dopracowane, przemyślane i tworzy miłą dla ucha koncepcję. A o mrożącej krew w żyłach gitarowej solo wstawce (a’la solówce)w połowie kawałka mógłbym napisać poemat… chociaż nie jest to najlepsza taka rzecz na tej płycie. Czemu? Otóż  ostatnim utworem na krążku jest bowiem Is that Enough?, które także nawiązuje do debiutu, jednak jest nieco bardziej inspirowane klasycznym rockiem, co słychać głównie w kapitalnej solówce pod koniec utworu, która jest swoistym uwieńczeniem całego materiału, wisienką na torcie czy też kropką nad ‘ü’.

Jak zapewne drogi czytelniku zauważyłeś, parę piosenek zupełnie pominąłem i nie wspomniałem o nich słowem. Na pytanie ‘Dlaczego?’ odpowiadam: bo warto. Warto sięgnąć po cały krążek, aby na własnej skórze uszu przekonać się o tym jak dobra jest to płyta, aby przesłuchać i odkryć wszystkie smaczki, o których nie wspomniałem w tej recenzji, i może przede wszystkim, aby sięgnąć przy okazji po starsze tytuły tego zespołu i ocenić ile tak naprawdę The Subways kryje się w The Subways.

the subways 2015

Czytaj również