Muszę przyznać, że zwlekałam z recenzją tej płyty. Nie dlatego, że nie byłam jej ciekawa, ale dlatego, że The Rolling Stones to dla mnie muzyczna legenda. Symbol kilku epok, jeden z archetypów tego wszystkiego, co według utartych wytycznych tworzy mit rockandrollowego życia. Wiedziałam, że mierząc się z tą płytą, odkryję odpowiedź na nurtujące pytanie, czy kamienie nadal są nie do zdarcia, czy raczej jak wielu ich rówieśników, którzy dotrwali do czasów pokolenia z odcinają już tylko kupony od świetlanej przeszłości.
Angry nie tylko zapowiadało album Hackney Diamonds, jest też utworem otwierającym krążek. Nie będę udawać, musiałam do niego przywyknąć, chociaż czuć tam Stonesów to najbardziej chyba gdzieś pomiędzy gitarowymi riffami. Keith jak zwykle przemyca swoje znaki rozpoznawcze i tego ducha, który sprawia, że chociaż są od dawna częścią mainstreamu, ma się wrażenie, że Stonesi nie dali się do końca udomowić. Przy kawałku Get Close zdałam sobie sprawę, że każdy z nas ma taką kapelę, wobec której nie potrafi być do końca obiektywnym.

Od początku swojego istnienia panowie pokazywali, że potrafią wykorzystać proste schematy i tworzyć ballady, które bezpretensjonalnie wpadają w ucho. Taki vibe daje mi numer Depending On You. Są gitary, są chórki i charakterystyczna maniera Micka Jaggera, który nigdy nie zatracił swojego londyńskiego akcentu. Najwyraźniej doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich mocnych stron. Ci, którzy nie przyglądali się relacjom Stonesi – Beatlesi bliżej mogą być zdziwieni, że Sir Paul McCartney gra ramię w ramię z ludźmi, którzy kiedyś tworzyli coś na kształt nieznośnych, zadziornych odpowiedników chłopców z Liverpoolu. Mnie nie zdziwiło to wcale, bo to nie pierwszy raz, kiedy Liverpool łączy się z Dartford. Zaskakiwać natomiast może nieco punkowy feeling, który w Bite My Head Off broni się całkiem dobrze.
Mick i chłopaki są na scenie nie od dziś – doskonale wiedzą, jakimi zasadami rządzi się ten biznes. Nic dziwnego, że na pierwszym od wielu lat krążku pojawiły się propozycje, które z łatwością znajdą drogę na radiowe playlisty. Nie oznacza to jednak, że jest prosta, a raczej skutecznie uderza w uniwersalne struny tak, jak w przypadku Whole Wide World. Nie zapominajmy, że każda dobra firma nastawiona jest na zysk. Na szczęście Stonesi nie muszą już walczyć o miejsce w muzycznej historii, nie zabrakło też puszczenia oczka do tych, którzy być może są z kapelą od początku jej istnienia i doskonale zdają sobie sprawę, od czego zaczynali w oryginalnym składzie.
W Bluesowym, rozbujanym Dreamy Skies słychać ducha minionych dekad i czasu, kiedy najbardziej rozpoznawanym nazwiskiem z tego pokładu był Jones. Mess It Up jeszcze raz udowadnia, że Stonesi znaleźli złoty środek na łączenie światów. Ta kompozycja stoi gdzieś w pół drogi między tym, co może przyjąć fan rockowego zacięcia, a tym, co wpadnie w ucho kierowcy słuchającemu radia w drodze z pracy do domu.
Elton John to nie jedyne duże nazwisko na albumowej playliście. Live By The Sword jest zadziorne, rytmiczne i doprawione klawiszami bardzo łatwo wpada w ucho. Jest też dowodem na to, że Charlie Watts miał swój niepowtarzalny styl, który na tym albumie odznacza się jeszcze wyraźniej. Materiał na płytę zakończono nagrywać, w momencie, kiedy perkusista już nie żył. Chociaż chłopaki znaleźli mu godnego następcę, to dla fanów Stonesów z pewnością zostanie niepodrabialny. Driving Me To Hard to takie retro, na które jakoś podświadomie czekałam.
Dziś już chyba nikt nawet nie próbuje zgadywać, jak to jest z przyjaźnią Keitha i Micka. Wiemy, że bywało różnie, ale muzycznie tworzą mieszankę, która porywa tłumy nie od dziś. Myślę, że Stonesi przetrwali próbę czasu nie pomimo różnic ich charakterów, ale właśnie dzięki tym różnicom. Nawet jeśli na przestrzeni lat, proces twórczy nie był łatwy, obfitował w niewybredne uwagi i co jakiś czas kazał zastanawiać się, jak długo Stonesi będą w stanie ze sobą współpracować. Mick i Keith byli dowodem nie tylko na to, że przeciwności się przyciągają, ale też na to, że potrafią skutecznie przyciągnąć słuchacza.
Na najnowszym albumie The Rolling Stones znalazło się więc miejsce na odrobinę muzycznego brokatu i blichtru podrzuconego przez Micka Jaggera, na Hackney Diamonds zmieściło się też proste instynktowne granie Richardsa, uporczywie utrzymującego swój zawadiacki styl, który z biegiem lat, zamiast wypłowieć, jeszcze bardziej rzuca się w oczy, a który muzyk w całej okazałości prezentuje podczas Tell Me Straight.
Lady Gaga już nie raz udowodniła, że ma kawał głosu, Mick Jagger już nic nikomu nie musi udowadniać. Powiedzieć, że wspólnie muzycy stworzyli nastrojową balladę to jak nie powiedzieć nic. Być może fani Tiny Turner dziś się na mnie obrażą, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta kompozycja jest gdzieś blisko tego, do czego przyzwyczaiła mnie właśnie ona. To jednocześnie utwór, do którego zdecydowałam się wrócić i to nie raz. Na 7 minut i 22 sekundy zostałam muzycznie odcięta od rzeczywistości. Nie żałuję ani sekundy.
Jeśli kończyć to z przytupem i właśnie tak kończy się najnowszy krążek Stonesów. Jeszcze raz sięgają do korzeni, w. Rolling Stone Blues panowie jeszcze raz udowadniają, że blues porywa na poziomie komórkowym i przypominają, że najzwyczajniej w świecie mają styl. Ten numer to też dowód na to, że Mick nie tylko firmuje harmonijki swoim nazwiskiem, nie zapomniał też jak dobrze na niej grać.

Hackney Diamonds ma lepsze i słabsze momenty, ale te słabsze momenty u Stonesów to dla niektórych punkt, do którego nigdy nie doskoczą. Jest trochę jak zamaszysty muzyczny autograf, który wielu już próbowało bezskutecznie podrobić. Kamienie kolejny raz zatrzęsły muzycznym światem.


