MENU

    Powrót do przeszłości z muzycznymi bohaterami lat 90-tych, czyli The Rewind Tour w warszawskim Torwarze. Relacja Marty Muśko

    W sobotni wieczór włożyliśmy ołówek w kasetę magnetofonową i przewinęliśmy taśmę do lat 90-tych, gdzie na warszawskim Torwarze przekrój przez swoją twórczość zaprezentowały takie gwiazdy jak Whigfield, Corona, Dr. Alban, Mandaryna, Technotronic, Snap! i Aqua. Przewińmy to jeszcze raz i przypomnijmy, jak publiczność bawiła się na najlepszej imprezie tanecznej w stolicy.

    Lata 90-te wracają do popkultury zarówno w modzie, muzyce, a nawet teledyski coraz częściej są wzorowane na te, które pamiętamy z kaset VHS. Nic dziś nie wydaje się być jednak takie samo, kiedy z szacunkiem traktowaliśmy kasety magnetofonowe i inne nośniki, a telewizyjne stacje muzyczne przeżywające swoje lata świetności, były jednym z niewielu źródeł muzycznej wiedzy. Brzmieniowy okres misz-maszu zaprezentowano na warszawskim Torwarze, gdzie odbył się najdłuższy taneczny maraton w stolicy. Sam koncert trwał blisko sześć godzin z szybkimi przerwami pomiędzy występami łącznie aż sześciu gwiazd.

    Pierwsza na scenę wyszła duńska wokalistka Whigfield, która rozgrzewała publiczność między innymi z Sexy Eyes oraz sztandarowym numerem Saturday Night. W tym momencie część publiki prawdopodobnie uświadomiła sobie, że obecni artyści poza flagowymi przebojami, mają całkiem bogaty dorobek muzyczny z którym warto się zapoznać. Włoskiej grupie Corona, którą rządzi Olga Maria De Souza, nie ma mowy o zarzucie wykonawcy jednego przeboju. Baby Baby, Rhythm of The Night, Try Me Out i nareszcie jeden z moich faworytów – I Don’t Wanna Be A Star, który otworzył sobotnie show wokalistki. Wszystko to zostało okraszone potężnym wokalem, który na żywo brzmi jeszcze lepiej oraz jej doskonałą interakcją z publicznością w każdym wykonywanym utworze. W końcu kto ma tyle odwagi, aby zaprosić część widowni na scenę, czy wyjść prosto do ludzi i bawić się z nimi w samym środku tłumu? Korona może należeć tylko do jednej królowej. Poza własnymi utworami, artystka zmierzyła się z uważaną za nietykalną, kompozycją I Will Always Love You i zdecydowanie był to jeden z najbardziej magicznych momentów wieczoru.

    Legendarny Dr. Alban standardowo przeszedł przez historię swojej różnorodnej dyskografii, dając prawdziwą kwintesencję lat 90-tych od rapowych kawałków takich jak Hello Africa, No Coke, One Love, do tanecznych brzmień z Let The Beat Go One, Look Who’s Talking, Sing Hallelujah i It’s My Life śpiewane dwukrotnie, w tym zamykając swój set mocnym remiksowym akcentem. Do światowego składu dołączyła nasza polska Mandaryna, której twórczość pomimo krótszego stażu, świetnie wkomponowała się w całą setlistę. Na scenie zaprezentowała taneczne show ze Szkołą Tańca MDS, wspólnie wykonując kawał solidnej roboty przy takich numerach jak Good Dog Bad Dog, Ev’ry Night (również na bis), czy tanecznych coverach rockowych klasyków You Give Love A Bad Name i Here i Go Again. Mieliśmy również okazję usłyszeć najnowszy singiel Not Perfect, który przeszedł już próbę czasu i bardzo dobrze się sprawuje na koncertach. Po występie Marta znalazła również czas, by spędzić chwilę z fanami i zrobić z nimi pamiątkowe zdjęcia.

    Dalej przeszliśmy do mocniejszych brzmień w wykonaniu dwóch duetów – Snap! oraz Technotronic. Pierwszy z nich na czele z oryginalną wokalistką, pozytywnie zakręconą Penny Ford, dał potężną dawkę energii z Ooops Up, The Power, Cult Of Snap i Rhythm is a Dancer. Z kolei Technotronic z Daisy Dee rozkołysał całą widownię w rytm takich klasyków jak This Beat Is Technotronic, Move It To The Rhythm i oczywiście Pump Up The Jam.

    Największym zaskoczeniem był koncert zespołu Aqua, który pomimo blisko dwudziestoletniej działalności artystycznej, dopiero tej nocy miał swój debiut w Polsce. Lene Nystrøm, René Dif i Søren Rasted wypadali na scenie wyśmienicie, dają show kompletne, dopracowane w każdym najmniejszym szczególe. Żywe instrumenty, gra świateł, wspaniałe chórzystki i głowni bohaterowie w wyśmienitej formie. Zarówno Lene jak i René brzmią identycznie, jak na nagraniach, które pamiętamy z płyt czy ekranów naszych telewizorów. Jedynie oprawa muzyczna była jeszcze bardziej rockowa i elektroniczna. Więź z publicznością była równie wyraźna i dynamiczna, o czym może poświadczyć również mój telefon, który skończył w rękach (i nie tylko) samego René… Podsumowując, trudno jest przełożyć przeżyte wrażenia i emocje w słowa, ale o jednym mogę zapewnić – był to występ na światowym poziomie. Jeżeli Aqua wrócą do Polski – obecność obowiązkowa!

    Gdyby dwadzieścia lat temu ktoś powiedział, że będzie mi dane usłyszeć na żywo tych wszystkich artystów, na których jako dziecko z wyczekiwaniem wypatrywałam na ekranie telewizora, uznałabym to za udany żart. Tym większe słowa uznania dla organizatorów, którzy pomimo niesłusznie niskiej frekwencji, pozwolili nam na ten jeden wieczór powrócić do beztroskich lat i dla wielu, spotkać swoich Cartoon Heroes.

    Ostatnio opublikowane