The Prodigy – The Day Is My Enemy (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Zespołu The Prodigy chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, pominę zatem część o licznych wyróżnieniach i sukcesach na arenie muzycznej. Ich styl to niedościgniony wzór dla większości fanów elektronicznego, mocnego brzmienia. Muzyka doskonała zarówno pod względem technicznym jak i konceptualnym. Rytmiczna, mocna, pełna emocji i absolutnie ponadczasowa, bo przecież odgrzewany po raz setny kawałek No Good (Start the Dance) króluje na parkietach do tej pory, mimo że od wydania płyty minęło już 20 lat! Jedyny zespół, który może sobie pozwolić na to, by kazać publiczności przed sobą klękać a ta faktycznie padnie na kolana! Jeśli chodzi o mnie – The Prodigy jest zdecydowanie najbardziej oczekiwanym powrotem roku! 30 marca wyszedł ich najnowszy, 6-ty krążek – The Day Is My Enemy. Gotowi na porządne beaty? Jazdę czas zacząć!

Płytę otwiera ciężkie i mocne The Day Is My Enemy. Kawałek bazuje na zapętlających się, rozbzyczanych i dość ospałych syntetyzatorach. Towarzyszy im rozleniwiony, electropopowy kobiecy wokal. Specyficzny nastrój butnej ospałości został osiągnięty dzięki nieznacznemu przesunięciu partii wokalnej względem motywu wiodącego. Głos pojawia się o ułamek sekundy później, niż pierwszy beat kolejnej sekcji melodycznej. Doskonałym zabiegiem wydaje się także zestawienie aż zbyt przesterowanego w swej słodyczy głosu z ostrymi, piłującymi kawałek dźwiękami.

Singlowe Nasty to kolejny dynamit! Utwór rozpoczyna wprowadzający kilkudźwięk, by wręcz natychmiast bez rozwlekłych przygrywek i wstępów zaatakować nas wrzaskiem i eksplozją dźwięku! Otwierający kawałek drobiazg pełni funkcję dynamizującą i napędzającą zarówno beaty jak i wokal. Mniej więcej w połowie kompozycji rytmika ulega zawieszeniu, a motyw dominujący nagle znika. Ktoś, kto nie zna twórczości The Prodigy mógłby sądzić, ze oto nadeszła chwila wytchnienia – nic podobnego! W jego miejsce pojawia kilka syntetyzatorowych dźwięków, które jednak wraz ze swym rozwojem nabierają tempa, by ponownie zaatakować nas wrzaskiem i jazgotem.

Rebel Radio z kolei jest jedną z najbardziej zelektronizowanych kompozycji na całym krążku. Kawałek opiera się na agresywnym, dynamicznym dialogu głosu z syntetyzatorowym tłem. Ten buńczuczny, chaotyczny dialog został otrzymany dzięki przeplataniu się dwóch pozornie odmiennych motywów i dodatkowego podwojenia jednego z nich. W rzeczywistości mamy do czynienia wciąż z tą samą muzyczną całostką, która różni się jedynie rozpiętością i umiejscowieniem na pięciolinii. Podczas gdy jedna część oscyluje wokół niskich dźwięków, druga skacze w wysokie rejestry i dodatkowo odbija od nich w górę. Muzyczny wystylizowany chaos powstaje dzięki umiejętnemu operowaniu tymi motywami i odpowiednim dostosowaniem do nich wokalu.

Ibiza dla odmiany to wręcz klasyczna dla The Prodigy kompozycja. Głównym filerem kawałka jest zapętlanie jednego i tego samego motywu, który dostajemy za każdym w innej postaci. W zwrotkach stanowi on tło muzyczne dla „mentorskiego” i odbijającego odeń głosu. W refrenach z kolei staje się elementem dominującym i nadaje rytm i melodykę nie tylko sekcji wokalnej, lecz także wszystkim innym dźwiękom. Jest ogień! Na podobnej zasadzie został skonstruowany kawałek Rok-Weiler.

Kolejna propozycja – Destroy to czysta zabawa dźwiękiem! Kawałek został odarty niemal zupełnie z wokalu i skupił się samym warsztacie. Specyfika stylu The Prodigy to ma do siebie, że poznamy ich po najdrobniejszej zbitce dźwięków, nie potrzebując posiłkować się głosem, który zazwyczaj bywa niestety jedynym wyróżnikiem „stylu”. Utwór otwiera drobna pozytywkowa melodyjka, by błyskawicznie porazić nas gęstymi i połamanymi syntetyzatorami, które w charakterystyczny dla The Prodigy sposób opadają półtonami. Przez całą długość kompozycji przewija się jeden i ten sam motyw muzyczny, ale za każdym razem opracowany inaczej. A to dany nam w odmiennej tonacji, to znów różniący się jednym, odstającym od całości dźwiękiem, czy odbijający w przeciwną stronę, od tej dyktowanej melodyką. Taka drobnostka, przypominająca, ze The Prodigy to nie tylko dziki Keith Flint i agresywne beaty, ale przede wszystkim styl i technika – jedyne takie na świecie! Podobną rolę spełnia Invisible Sun – jest raczej techniczne, niż konceptualne.

Wild Frontier dla odmiany to kompozycja opalizująca wysokimi rejestrami. Bazą utworu jest rozedrgany wielodźwięk umieszczony wysoko na pięciolinii i utrzymywany w tonacji durowej. Dzięki zwielokrotnieniu tych samych dźwięków, z których każdy podąża w końcu inną ścieżką oddalając się od pnia, a jednak wciąż z nim harmonizując, utwór mieni się, lśni niczym lipcowe słońce nad Open’erem (gdzie zresztą panowie z The Prodigy wystąpią). Ten odblask ma oczywiście kwaśny smaczek – inaczej być nie może! Słoneczne całostki przerywa co pewien czas głośny, dobitny wokal Keitha ale nawet on nie burzy pogodnej aury kawałka. Jeszcze inaczej sprawa się ma z drobiazgiem Beyond The Deathray. Kompozycję otwiera molowe, niemal pogrzebowe zawodzenie syntetyzatorów, bliskich chwilami dzwonom. Podobnie jak w Wild Frontier, również i tutaj mają one ten specyficzny, wysoki, acz kwaskowy posmak. Smaczek ten wynika z nawarstwienia się celowo przesterowanych, podkręconych dźwięków oscylujących wokół wysokich rejestrów i wciąż pnących się wyżej.

Kolejna zmiana następuje w Rhythm Bomb. Tworzywem kawałka jest silnie zdynamizowana sekcja syntetyzatorowa, której podlega wysoki, jasny kobiecy wokal. Pod koniec zwrotki motyw główny ulega zapętleniu i zwielokrotnieniu – zarówno wokalnie jak i w sferze dźwięku. Takie powtórki są jednym z ulubionych chwytów The Prodigy i zazwyczaj są elementem prowadzącym do zaskoczenia u słuchacza. Nie inaczej jest i tutaj. Wielokrotnie zakręcony motyw główny przerywa gwałtowne wtargnięcie agresywnych, wtłaczanych na plan pierwszy beatów i mocny, butny męski wokal. Spodziewalibyśmy się może, że ta wstawka stanowi jakieś muzyczna przejście do innego motywu, lub innego jego opracowania. I tutaj właśnie nadmienione zaskoczenie! – jeszcze jeden „obrót” i znów jesteśmy na samym początku i z tym samym motywem.

Jeszcze inaczej rzecz wygląda w wypadku Roadblox. Wydaje się, że muzycy nieznacznie wychylili się ze swej rave’owej jaskini w stronę drum’n’bassów. Mimo, że faktura kawałka opiera się o dość pogodne dźwięki i motywy zanurzone w tonacji durowej nie brak mu gniewu i agresji. Przewijający się przez utwór motyw wiodący jest obudowywany spiętrzonymi, butnymi beatami i rozwścieczonym głosem Keitha Flinta. Całość zaś podobnie jak to bywa w drum’n’bassach, mimo zapętleń i wrzawy ciąży ku wysokiemu punktowi kulminacyjnemu, który stanowiłoby „rozwiązanie” utworu. Dostajemy je pod koniec i z całą pewnością warto było na nie czekać!

Get Your Fight On z kolei to misterna siatka pozornie niepowiązanych ze sobą dźwięków, którymi muzycy w najlepsze żonglują! Rozwichrzona struktura, rozjeżdżające się we wszystkie strony nuty, nagłe zmiany melodii, tonacji, zapętlenia, skoki. Przy tym wszystkim paradoksalnie kawałek jest niesamowicie spójny, rytmiczny i melodyjny. Któż inny poradziłby sobie z taką kompozycją, jeśli właśnie nie ta trójka Brytyjczyków! Podobnym majstersztykiem jest Medicine.

Krążek zamyka kulminacyjne Wall of Death. Tutaj nie znajdziecie już żadnych przygotowujących na totalną muzyczną eksplozję przygrywek, czy wstępów. Moc zaczyna się wraz z pierwszą nutą i utrzymuje aż do samego końca. Jest głośno, agresywnie i z pasją! Silnie zdynamizowane beaty, rozkrzyczany, plujący jadem wokal, nagłe wstrzymania melodyczne prowadzące do kolejnych wybuchów muzycznej wściekłości! Co tu dużo mówić – kawałek miażdży i jest absolutną kwintesencją muzyki The Prodigy! Mój osobisty faworyt.

Żaby nareszcie przestać się rozpisywać i przejść do sedna powiem, że płyta The Day Is My Enemy jak zawsze jest ognista i pełna jadu. Znajdziecie tutaj kilka muzycznych podróży poprzez style i gatunki ale to zawsze będą podróże sygnowane nazwiskami panów z The Prodigy. Wykrzywione, poskręcane, hałaśliwe i nieoczekiwane jak zresztą cała ich twórczość. Komu z was wydanie audio nie wystarcza i preferuje raczej wersję live muszę powiedzieć, że The Prodigy pojawi się nareszcie na tegorocznym Open’erze w Gdyni. Z moich doświadczeń wynika, że koncerty The Prodigy są jedną wielką fuzją energii i bodaj jedynym wydarzeniem, na którym gdy artysta powie „teraz wszyscy na kolana” – rzeczywiście wszyscy padają na kolana i nikt nie czuje się ani zażenowany ani nawet zdziwiony. Polecam!

The Prodigy - The Day Is My Enemy

Czytaj również