The Neighbourhood – I Love You. (2013), recenzja Magdy Sieprawskiej

The Neighbourhood to ubiegłoroczni debiutanci. Ich krążek I Love You. zebrał niezbyt przychylne opinie, mimo, że nad zapowiadającymi go singlami się zachwycano. Ja jednak nie widzę powodów, by oceniać go źle, zatem dając wysoką ocenę nie mam ani trochę wyrzutów sumienia.

Zanim wydali I Love You. światło dzienne ujrzały ich EPki na których znalazły się utwory, zapowiadające TEN właściwy krążek. Zarówno I’m Sorry… jak i Thank You, z Female Robbery i Sweater Weather na czele odbiły się ogromnym echem w świecie muzycznym. Gdy jednak przyszła kolej na pełnowymiarowy krążek  w recenzjach można było wyczytać: nuda, powielanie schematów, brak pomysłów.

I Love You. zawiera 11 kawałków, a na pierwszy plan wybija się ich zdecydowana większość. Już po pierwszym odtworzeniu powinniśmy nucić Everybody’s Watching Me (Uh Oh) czy How, od którego wszystko się rozpoczyna. A rozpoczyna się nieco mrocznie, co potęgują odzywające się co chwilę pulsujące efekty. Afraid jest także przesycony na wskroś niepewnością, a słuchając go przed oczyma pojawiają się czarno-białe obrazy ich teledysków. Wspominany już Everybody’s Watching Me (Uh Oh) mogą znać niekoniecznie ci, którzy sięgnęli po to wydawnictwo, a ci, którzy mieli możliwość przesłuchania najnowszej składanki Marcina Bisiorka – Poduszkowiec 2.0. Jako kolejny na płycie pojawia się Sweater Weather, czyli niekwestionowana wizytówka Amerykanów. Ciekawy, przyduszony wokal w zestawie z wyrazistymi gitarami to idealne połączenie. Dalej mamy już Let It Go, czyli zmieniamy nieco klimat. Już nie jest tak cukierkowo, a zespół znów wprowadza nutkę tajemniczości.  Alleways pozostaje nieco w cieniu pozostałych nagrań, można mieć wrażenie, że powiela schemat, jednak gdy się go słucha to chłopaki znów majstrują przy gitarach i wychodzą z nich całkiem fajne melodie. W W.D.Y.W.F.M? wita nas Iron Woodkida (też to słyszycie?), a później mamy uroczy wokal, który maksymalnie ociepla atmosferę. Leniwe dźwięki przeplatają się z nadzwyczaj przekonującym śpiewem Jesse’a. Flawless ma fajne tempo, w zasadzie to wyróżnia go najbardziej. W okolicach refrenu ono nieco zwalnia, lecz to w niczym nie przeszkadza. Jeśli miałabym mówić, że gdzieś tu mamy powielanie wzorów to chyba wskazałabym Female Robbery. Niby jest w czołówce ich hitów, ale ja mam wrażenie że ‘to’ już gdzieś słyszałam. Staying Up przyjmuje nieco minimalistyczną formę. Możemy usłyszeć ciekawe odgłosy, co jest dosyć efektowne. Całość zwieńcza mocno gitarowe Float, pozostając jednak nieco w tyle.

Największym moim rozczarowaniem jest to, że takie rewelacyjne, odmienne West Coast nie weszło na podstawe. Nikomu nie zaszkodziłby brak nawet Float, a obecność wspominanego West Coast tylko by zaplusowała.

The Neighbourhood to dla mnie dobry debiut. Może to zdecydowanie za mało na debiut roku, lecz patrząc na kolejne wydawnictwa niektórych gwiazd możemy wyróżnić 3-4 lepsze utwory, a reszta odchodzi w zapomnienie. Chłopaki mają wizytówkę w postaci Sweater Weather czy choćby nawet Let It Go i wydaje mi się, że zyskali dzięki temu pokaźne grono fanów. W planach mają już wydanie kolejnej płytki, a po pierwszej jej zapowiedzi możemy spodziewać się całkiem innego materiału. Czy znów zaskoczą, a może zanudzą? Mamy dowiedzieć się jeszcze w tym roku.

The Neighbourhood

Czytaj również