Kate Moss, kokaina i nonszalancki rock! Co wam to mówi? O tym, że Pete Doherty to skomplikowana osobowość zarówno sceniczna jak i używkowa, nikogo przekonywać nie trzeba. Ponoć wymienia się go w czołówce ludzi, którzy mają największą szansę zejść z tego świata (zaraz po 98-letnim Kirku Douglasie!). My jednak nie będziemy długo rozwodzili się na temat ekscesów, odwyków i rockowego trybu życia, bo po ponad dekadzie The Libertines powracają z kolejnym krążkiem – Anthems for Doomed Youth. Czy utrzymali formę? Sprawdźcie.
Album otwiera najeżone, gitarowe Barbarians. Bazą kawałka jest mocno zaakcentowana gitara w asyście rytmizującej perkusji. Oczywiście mowa tutaj o panu Doherty’m, więc chcąc czy nie – to właśnie ten charakterystyczny doherty’owski wokal wybija się na pierwszy plan. Zachrypnięty i będący chyba niezłą egzemplifikacją wszelkich skosztowanych używek głos prowadzi butną batalię z instrumentami, z pozoru nijak się nie mając do wyznaczonych i ścisłych ścieżek gitary i perkusji. Ten pozorny chaos to oczywiście efekt zamierzony i powstający w wyniku podwojenia wokalu, który obejmując dwie różne wysokości zieje butnym, rockowym rozdźwiękiem. Świetny!
Zupełnie inaczej sprawa wygląda w wypadku singlowego Gunga Din. Natężenie dźwięku nieco spada a instrumentarium w refrenach ulega niemal całkowitemu zminimalizowaniu, dzięki czemu to właśnie głos prowadzi zwrotki w kierunku refrenu. Jest spokojnie i kołysząco ale tylko po to, by w refrenach wybuchnąć jednostajnym i kontrolowanym zakrzykiem. Bardzo przyjemnie choć z mocnym, rockowym pazurem.
Fame and Fortune utrzymuje melodykę i nastrojowość singla. Mogłoby się wydawać, że zmienia się tempo ale oczywiście to jedynie pozory, bo specyficzny efekt spowolnienia artyści budują dzięki nieznacznemu przesunięciu sekcji wokalnej względem instrumentarium. Jeśli przyjrzycie się zwrotkom, zobaczycie, że zarówno głos jak i gitary wychodzą od tego samego punktu, ale z każdą kolejną nutą wydają się osuwać względem siebie nawzajem – to dlatego, że w pewnych miejscach na tę samą partię artykulacyjną przypada o jedną nutę więcej. Mimo tego utwór jest spójny i nonszalancko rockowy. Kojarzy mi się z zadymionymi barami i sączeniem stanowczo zbyt ciepłej whiskey.
Anthem for Doomed Youth z kolei to jeszcze inna historia. Nieco bardziej liryczna i opowiadana po jeszcze większej ilości whiskey. Bazą kompozycji jest subtelna linia gitary, stanowiąca tło dla dość mocno zaakcentowanego a jednak trzymanego w ryzach wokalu. Kawałek nabiera nieco mocy w refrenie ale tylko dlatego, że wokal nieznacznie podnosi się na pięciolinii i staje nieco głośniejszy. Nie oczekujcie jednak wrzasku i jadowitych krzyków. Wszystko zostało utrzymane w konwencji rockowej, rozkołysanej ballady. Podobnie rzecz się ma z Iceman i You’re My Waterloo, z tym że w tym ostatnim gitarę w znacznej mierze zastępują klawisze.
W Belly of the Beast ponownie wracają rockowe rumieńce. Utwór bazuje na dość oszczędnej w dźwiękach linii gitary, której asystuje wycofana do poziomu tła, ale silnie rytmizująca i popędzająca kawałek sekcja perkusji. Całości dopełnia oczywiście wokal – dynamiczny, acz z tym charakterystycznym rysem „od niechcenia”. Specyficzna ścieżka wokalu jest budowana dzięki przeciągnięciu ostatniego słowa w pierwszej części zwrotki, dzięki czemu w jej drugiej części głos wchodzi odrobinę przesunięty względem linii melodycznej.
Heart of the Matter to jeszcze inna historia i chyba jedna z ciekawszych historii na krążku. Kompozycja zaczyna się wdzięcznie, pojedynczymi, subtelnymi dźwiękami gitary i dźwięcznym głosem. Właściwie po kilku pierwszych nutkach można by pomylić go z Coldplay. Ten muzyczny prolog jest oczywiście jedynie furtką, otwierającą drzwi do krainy dźwięku. Kiedy do utworu włącza się dynamiczna perkusja, wszystko zaczyna pędzić. Gitara przyspiesza a głos wręcz gna bez opamiętania, wypluwając kolejne, pełne skargi i niezadowolenia zdania. W refrenach z kolei mamy wrażenie, że wszystko ulega zawieszeniu a na arenie zostaje jedynie gniewny, gorzki głos. Oczywiście w tle słyszymy zarówno gitarę jak i perkusję, ale dzięki zmianie tempa i wyciszeniu instrumentów to właśnie wokal i jego historia okazują się najistotniejsze. Mimo, że kawałek jest dość prosty, został na tyle mocno obudowany emocjami, że przyznam – to mój ulubieniec.
Fury of Chonburi z kolei od samego początku jest mocne, ciężkie i bardzo zbliżające się do punk rocka. Utwór został pomyślany jako agresywny i gniewny dialog wokalu z mocno zaakcentowaną i płożącą się nisko gitarą. W podobnej konwencji zostało zrealizowane singlowe Glasgow Coma Scale Blues. Jest krzykliwie, hałaśliwie i butnie!
Ciekawa rzecz jeśli chodzi o The Milkman’s Horse. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to taka libertyńska wersja Creep Radiohead. Tworzywem kawałka jest subtelna, stonowana ścieżka gitary i wycofana, choć utrzymująca dynamikę utworu w ryzach perkusja. Towarzyszy im równie stonowany, acz mocno zaakcentowany (zwłaszcza w refrenach) głos. Jeśli przyjrzycie się tej kompozycji uważniej, zobaczycie, że linia melodyczna zwrotek jest bardzo zbliżona do refrenów w Creep. Różnica polega na tym, że refren Radiohead znajduje sie jeszcze wyżej, niż zwrotka i ku górze się pnie, tutaj natomiast zwrotki wznoszą się na pięciolinii tylko po to, by w refrenie zacząć obniżać lot.
Zamykająca album kompozycja Dead for Love owiewa wszystko jakąś posępną, wręcz cmentarną mgłą. Niskie, molowe partie klawiszy i równie depresyjny głos mają w sobie coś z mszy żałobnych. Co prawda refreny starają się wyrwać z tego zaklętego kręgu i podnieść zarówno na pięciolinii jak i w kierunku duru, ale kolejne zwrotki na powrót ściągają całość w dół. Warto zwrócić uwagę, że z każdym kolejnym obrotem zwrotka-refren-zwrotka utwór coraz bardziej rozkwita dźwiękiem, robi się coraz głośniejszy i coraz bardziej nasycony.
The Libertines to jeden z tych zespołów, które kochasz bez względu na to, co zrobi. Charyzmatyczny wokal Pete’a Doherty’ego i te najeżone, ciężkie od dźwięku melodie, mimo dość prostych rozwiązań technicznych są tak bardzo naszpikowane emocjami (i to tymi najsilniejszymi, najbardziej skrajnymi), że trudno przejść obok nich obojętnie. Jeśli chodzi o mnie, całkowicie podbili moje serce.


