The Fray – Helios (2014), recenzja Kuby Koziołkiewicza

Pamiętam, jak sześć, może siedem lat temu, oglądałem jeden z odcinków serialu Dowody Zbrodni. Na samym jego końcu zabrzmiała fantastyczna kompozycja: z ciepłymi dźwiękami fortepianu, niesamowicie wpadającą w ucho melodią i charakterystycznym, zachrypniętym głosem wokalisty. Szybko pobiegłem do komputera i w jakiś sposób, trochę po omacku, zacząłem szukać w sieci przed chwilą zasłyszany zespół. Po paru minutach odnalazłem ich. Nazywali się The Fray i pochodzili ze Stanów Zjednoczonych. Wtedy, czyli w 2007 roku, dopiero podbijali listy przebojów swoim pierwszym (i chyba największym do tej pory) hitem – How to Save a Life. Dzisiaj, nieudolnie starają się powtórzyć tamten sukces, publikując najnowsze wydawnictwo Helios. Dlaczego nieudolnie? Już śpieszę z wyjaśnieniami.

Muzycy popełnili ogromny błąd, który od pierwszych sekund trwania płyty da się wychwycić bez najmniejszego problemu – starali się na siłę zrobić z siebie zespół popowy. Może dla kogoś, kto nie znał ich poprzednich albumów takie brzmienie jest w porządku, ale dla mnie, osoby zaznajomionej z longplayami How to Save a Life (2005), The Fray (2009) oraz Scars & Stories (2012) zawartość najnowszego albumu to solidny prztyczek w nos.

Helios otwiera Hold My Hand – utwór maksymalnie wypełniony popowymi samplami, które w bezpardonowy sposób dają słuchaczowi do zrozumienia, że na tej płycie jest niewiele ze starego, dobrego The Fray. Jeżeli jeszcze w początkowej fazie piosenki można było usłyszeć fortepian w miarę pozbawiony badziewnych efektów, to im dalej, tym gorzej. Singlowe Love Don’t Die to brat bliźniak Counting Stars One Republic. Obie piosenki posiadają niemalże identyczne akordy, przyśpiewki chórków, a nawet charakterystyczne brzmienie gitary akustycznej. Nie powinniśmy być tym szczególnie zaskoczeni, gdyż za produkcję wydawnictwa odpowiadał Ryan Teeder. Po tanecznym Give It Away słyszymy Closer To Me – właściwie pierwszy utwór na płycie, w jakimś stopniu przypominający twórczość zespołu z poprzednich wydawnictw. Stosunkowo przebojowe Hurricane przywodzi na myśl Coldplaya z krążka Mylo Xyloto (2011). Kolejne Keep on Wanting jest chamską mieszkanką wszystkich możliwych linii melodycznych z hitów lata 2013. Jak mawiają – co za dużo, to nie zdrowo. O Our Last Days z czystym sumieniem mogę napisać, że to najlepszy utwór albumu. Przenosi nas w czasy, gdy liederowi grupy Isaacowi Sladeowi oraz reszcie zespołu daleko było do mezaliansów z twórczością popową. Break Your Plans to znów ukłon w stronę takich artystów jak wspomniane wcześniej One Republic. Refren piosenki bardzo przypomina Hold My Hand Michaela Jacksona i Akona. Wherever This Goes został wypełniony podobnymi chórkami co w hicie Sama SmithaStay With Me. Shadow and a Dancer to znów syntezatory kojarzone z twórczością np. Avicii. Całość materiału kończy Same As You – utwór trochę tajemniczy, z ciekawymi wokalizami w tle.

Gdy ostatnie dźwięki Heliosa dobiegają końca, w powietrzu czuć ogromne rozczarowanie. Znając kompozytorski potencjał zespołu ma się poczucie, że ta płyta mogła być o wiele, wiele lepsza. Amerykanie ewidentnie chcieli podbić listy przebojów, dlatego zdecydowali się wprowadzić do swej twórczości radykalne środki, m.in w postaci Ryana Teedera. Próbowali dotrzeć do nowego, szerszego grona odbiorców, jednak śmiem twierdzić, że zabieg ten nie zakończył się dla nich sukcesem. Czuć sztuczność na tej płycie, czuć to, że muzycy bardziej odnajdują się w klimatach pop – rockowych, a nie tylko popowych. Trudno, najnowszego longplaya zespół The Fray już nigdy nie wymaże ze swojej dyskografii, ale pocieszeniem dla nich może być fakt, że każdy – nawet największy artysta – ma w swoim dorobku słaby album.

Czytaj również