Postawię sprawę jasno, bo wychodzę z założenia, że nie ma co owijać w bawełnę. Na samym początku przeraziłam się. Tylko nie wiem, czym bardziej. Czy chodzi o fakt, że nowa płyta zespołu The 1975 zawiera aż 17 piosenek? A może o tytuł, który jest tak długi, że aż trudny do wymówienia, a już tym bardziej do zapamiętania? Z drugiej strony, może sęk w tym, że to muzyka jaką zaprezentowali nam na tym wydawnictwie Brytyjczycy odbiega trochę od kierunku, jaki obrali na swoim debiucie… W myśl przysłowia, które prawi o tym, że nie taki diabeł straszny jak go malują zapraszam na dość zaskakującą i wcale nie taką przerażającą przygodę z The 1975.

The 1975 to brytyjski zespół w skład, którego wchodzą odpowiednio: Matthew Healy (wokal, gitara), Adam Hann (gitara), George Daniel (perkusja), oraz Ross MacDonald (bass). Zanim usłyszał o nich wielki świat Panowie stawiali swoje pierwsze kroki w Manchesterze. To właśnie tam nagrywali i tworzyli od 2002, gdzie spotkali się, jako nastolatkowie. Wybór nazwy grupy nie okazał się procesem krótkim. Początkowo w grę wchodziły: Me and You Versus Them, Forever Enjoying Sex, Talkhouse, The Slowdown, Bigsleep, czy Drive Like I Do. Ostatecznie padło na The 1975 i tak zostało do dziś. No to chwytliwa nazwa jest, a co potem? Pod wybranym przez siebie szyldem zaczęli tworzyć muzykę już bardziej „na poważnie”, czego efektem było wydanie czterech EPek. Ale to, co najlepsze miało dopiero nadejść. Mowa tu oczywiście o ich długogrającym debiucie. Pierwsza płyta została zatytułowana zwyczajnie i bez fajerwerków – The 1975. Wydawnictwo to na sklepowych półkach pojawiło się 2 października 2013 roku nakładem wytwórni Dirty Hit oraz Polydor. Charyzma i oryginalność wokalisty przyniosła im oczekiwany rozgłos. Jednak byłabym niesprawiedliwa gdybym zakończyła na tym zdaniu. W tym przypadku muzyka obroniła się sama. Album ten zadebiutował na pierwszym miejscu na liście UK Albums Chart. I to właśnie bez wątpienia dzięki temu zrobiło się o nich głośno.
Niespełna trzy lata później zespół The 1975 powraca. Powraca i to w jakim stylu! 26 lutego 2016 roku światu ukazała się druga płyta muzyków. Album zatytułowany: I Like It When You Sleep, for You Are So Beautiful Yet So Unaware of It od razu przyciągnął moją uwagę. Początkowo właśnie przez tytuł. Jest on wyjątkowo… długi jak na nazwę albumu. Trzeba przyznać – jeśli Panowie chcieli się wyróżnić przez to na tle innych to bez wątpienia im się to udało. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz: czy ludzie będą w stanie zapamiętać tak „mosiężnie” brzmiący slogan? Nie zmienia to jednak faktu, że może to wzbudzić dodatkowe zainteresowanie słuchacza, a chyba o to chodziło.
No cóż, wspomniałam wyżej o moim przerażeniu. Jeśli chodzi o tytuł – ok, jest trochę/bardzo długi, ale to, co możemy zauważyć na trackliście nie powiem jest dość… imponująco-szalone. The 1975 postanowili uraczyć nas aż 17 premierowymi piosenkami. Tak, to nie żart. Bez wątpienia stwierdzili, że ten album zrobią na bogato zarówno w treści jak i oprawie. Obok przerażenia poczułam strach. Strach, że Panowie przesadzą, że będzie trochę męcząco, trochę za dużo, trochę za bardzo. Zmieniła się także kolorystyka. Przy pierwszej płycie mogliśmy obcować w barwach czarno białych. Teraz natomiast zespół postawił na biel z różem. To dość zaskakujący zabieg. Jednak to, co najbardziej zaskakujące to zmiana brzmienia. Dokładnie. Druga płyta Brytyjczyków jest zdecydowanie inna…
Krążek otwiera piosenka zatytułowana The 1975. Jest to swoiste wprowadzenie, w którym możemy usłyszeć połączenie delikatnego wokalu Matt’a z poważnie brzmiącym chórem. Ciekawa stylistyka. Zdecydowanie za szybko i zbyt nieoczekiwanie się kończy, co sprawia, że słuchacz może poczuć się nieco zdezorientowany. Resztę kawałków (mowa tu o pozostałej szesnastce) postanowiłam podzielić na dwa obozy: kompozycje szybkie, rytmiczne, oraz utwory wolniejsze, ballady.
Do pierwszej grupy bez wątpienia można przydzielić kompozycje: Love Me, The Sound, She’s Americana, UGH!, Loving Someone czy This Must Be My Dream. Wszystkie te utwory można określić jako dynamiczne, taneczne, w gruncie rzeczy bardzo synth-popowe. Można się pokusić o stwierdzenie, że syntezator był w procesie tworzenia albumu nieodłącznym narzędziem Brytyjczyków. Piosenki są żywe, bardzo rytmiczne, szybko wpadają w ucho, a co najważniejsze słychać wiele tanecznych gitarowych brzmień. Zdecydowanie na uwagę zasługuje to wokal Matta. Chłopak idealnie bawi się głosem, modeluje go jak chce, nadaje charakteru każdemu kawałkowi z osobna. Następny plus to ciekawe wstawki instrumentalne. Zadziwiające jest na przykład świetnie wykorzystany saksofon w kompozycji This Must Be My Dream czy nawet rap (?) w Loving Someone.
Druga grupa, to tak jak wyżej wspomniałam ballady, a ich na I Like It When You Sleep, for You Are So Beautiful Yet So Unaware of It jest jak na lekarstwo. Panowie zdecydowanie odeszli od rockowego brzmienia, które dało się usłyszeć na ich debiucie. Ale to dobrze! Widać, że teraz skupili się na muzyce, a to przyniosło za sobą takie perełki jak: A Change of Heart, If I Believe You, Somebody Else, Paris czy Nana. To cudownie słyszeć ich w takiej wersji. Wersji spokojniejszej, subtelniejszej, delikatniejszej, ale przede wszystkim skromniejszej. Właśnie dzięki takim zabiegom można było bez problemu skupić się na przepięknym głosie Matta, który pokazał, że zarówno w szybkich jak i tych stonowanych piosenkach daje radę. I tak, wiem, że pisałam o tym wcześniej, ale to, co on wyprawia na tej płycie to majstersztyk. Warto jeszcze zaznaczyć, że wszyscy ci, którzy martwili się o jego „niezrozumiały” akcent nie muszą sobie już tym zaprzątać głowy. Od razu słychać, że tam gdzie trzeba hamuje się i to muzyka wychodzi na pierwszy plan.
Chciałam poruszyć jeszcze kwestie niewymienionych wcześniej piosenek: Please Be Naked oraz She Lays Down. Pierwsza wprowadziła mnie w zdumienie. Jest spokojna, zaczyna się cudownym fortepianowym solo, subtelna, łączy w sobie przemyślane pod każdym względem dźwięki… i to tyle. Dokładnie tak – to sama melodia, bez tekstu niczym z soundtracku do romansu. Po raz kolejny byłam w szoku. Tym razem, że Panowie postanowili w połowie płyty umieścić czystą linię melodyczną. Trzeba dodać, że prześliczną linię melodyczną, której można słuchać i słuchać… Druga kwestia to kompozycja She Lays Down, która zamyka album. I tu znowu drobne zdziwienie, gdyż przy pierwszym przesłuchaniu do moich uszu dotarły dźwięki akustyczne, nagrywane na żywo. Bez wątpienia nie jest to wersja studyjna. The 1975 podzielili się z nami wykonaniem live przy akompaniamencie tylko gitary. Jestem pod wrażeniem, bo wyszło znakomicie. Delikatna, estetycznie wyważona, cudowna piosenka.
Podsumowując, Panowie z The 1975 zaserwowali nam album inny. Album dosłownie tak długi jak jego tytuł. Album przemyślany, kompletny, różnorodny, ale nadal utrzymany w konwencji lat 80. Słychać to bardzo wyraźnie. Od popu po synth-pop, a w pewnym momencie nawet i rock. To dobrze, że tak młody zespół eksperymentuje, bawi się muzyką, bo bez wątpienia mogą wyjść z tego rzeczy cudowne, świeże, ambitne. The 1975 jest idealnym przykładem na to, że piękno muzyki nie kryje się w światowych hitach, tylko właśnie w tych drobnych perełkach, które skrywa każda płyta. Bez wątpienia I Like It When You Sleep, for You Are So Beautiful Yet So Unaware of It jest skarbnicą takich perełek. Wystarczy się tylko porządnie wsłuchać… Brawo Panowie!


