Bywa tak, że gdy czegoś mocno się chce i bardzo się stara, aby ów coś osiągnąć, wychodzi to równie dobrze, co skoki narciarskie w wykonaniu zawodników z Kazachstanu. Natomiast, gdy człowiek zdobędzie się na odrobinę luzu, wyczyści głowę z myśli spinających mu mięśnie i da sobie pewien margines błędu, rzeczy przychodzą z dziecinną łatwością i dalej idą już jak po maśle. Do podobnych wniosków jakiś czas temu prawdopodobnie doszedł Te-Tris, czego efektem jest jego najmłodsze dziecko – Tristape.
Stary? Nowy? Dobry? Lepszy?
Oczywiście sprawa nie jest tak prostoliniowa, jak mogłaby się wydawać, bo w przypadku raperów lekka głowa to zbyt mało, aby stworzyć coś wartościowego. W parze z ów luzem musi iść pewien warsztat i doświadczenie, bo cudowni tekściarze od pierwszego tracka zdarzają się niezwykle rzadko. A więc skoro słowo się rzekło, należy przenieść te przemyślenia na grunt najnowszej płyty Teta.
Pierwsze wrażenie w muzyce jest bardzo ważne, bo to ono decyduje o tym jak podchodzimy do danego materiału. Tristape pod tym względem jest dobrym przykładem jak powinno się zaczynać płytę, bo już od numeru Pyknie słuchacz otrzymuje solidną dawkę przyjemnego vibe’u. Treść też nie jest zbyt dużym obciążeniem jak na początek, bo tekst jest czymś w rodzaju próby rozliczenia się z przypisywanym Adamowi rozdwojeniem jaźni na „Starego Teta” i „Nowego Teta”. Gładkie przeskakiwanie między kwiatkami dotyczącymi jednej bądź drugiej strony ostatecznie sprowadza się do tego, że raper uważa ów podział za głupi i stara się wypiętrzyć swoje mocne strony, lecz nie jest to bynajmniej braggowy numer, bo tym jest kolejny kawałek – Ostatni Dzwonek.
Najmroczniejszy utwór na płycie jest jednocześnie najbardziej odstającym od reszty, co nie znaczy jednak, że jest on najgorszy. Czarna owca Tristape’u objawia mroczniejsze wcielenie Te-Trisa – mocno wkurzonego, krytykującego fanów i równającego rap-scenę z ziemią. Jak w każdej bradze, jest tu sporo przechwałek, ale taki utwór – nieco na wyrzyganie – widać był mu potrzebny. Wyszło to nie najgorzej, chociaż osobiście nigdy nie przekonam się do tej formy łechtania swego ego.
Na szczęście później jest już tylko z górki i każdy kolejny utwór jest napisany bez niepotrzebnej napinki. Sama nawijka Adama, pod względem stricte technicznym, jest bardzo płynna, wyraźna i czysta, co świetnie komponuje się z melodycznymi bitami. Najlepiej widać to na przykładzie Blamy, gdzie rytmicznie wyśpiewany refren bardzo szybko przemyka przez kolejne wersy, ale nie jest to gnanie na złamanie karku. Jest to raczej swobodny galop poprzez lekko pukające bum-bapy. Zresztą zwrotki hasają przez bit z równym powodzeniem, będąc jednocześnie doskonale zrozumiałymi. I choć merytorycznie jest to najpoważniejsza piosenka na całej płycie, jej melodyczność ujmuje nieco z jej powagi. W moim odczuciu zabieg jak najbardziej udany.
W kwestii bitów warto zaznaczyć, że za tę warstwę w 100% odpowiedzialne jest alter ego Te-Trisa, czyli Trizak, dzięki czemu dobrze współgrają one z tym co zawarte w tekstach. Kontrola tych dwóch czynników w przypadku otrzymania podkładu od zewnętrznego producenta zawsze jest dość ciężkim zadaniem, a Tristape z założenia nie miał być płytą, która przysporzy Adamowi problemów, a raczej pomoże rozwiązać część z nich. To zadanie udało się wykonać z nawiązką, bo nawet jeżeli ktoś dzieli twórczość Teta pod względem wcieleń czy stylówki, to jest to tylko i wyłącznie jego problem. Tripstape jest ostatecznym stanowiskiem w tym sprawie, co idzie w parze z luźną konwencją albumu i dość pozytywnym wydźwiękiem całości. Oby więcej takich płyt!



