Tarja Turunen, pierwszy sopran metalu symfonicznego długo szukała własnego głosu i tożsamości, które pomogłyby zatrzymać nieustanne porównania z zespołem Nightwish. Trzy pierwsze albumy były pełnymi wzlotów i upadków eksperymentami i poszukiwaniami, wciąż bardzo chcącymi zadowolić fanów kompozytorskiego kunsztu Tuomasa Holopainena, jednak dopiero The Shadow Self z 2016 roku uznano za prawdziwie autorskie dzieło. In The Raw utwierdza mnie w przekonaniu, że Tarja wypracowała własny, charakterystyczny styl, szkoda jedynie, że pomimo piętnastu lat solowej kariery, nadal nie zdołała zaprezentować materiału lepszego niż „OK”.
In The Raw, piąty rockowy longplay artystki, stanowi krok wstecz względem czwartego krążka, The Shadow Self. Pamiętam nadal zaskoczenie wywołane jego surowszym brzmieniem (Demons in You), pomysłowością (doskonała Diva) oraz wyjątkowo nieprzaśnymi balladami (The Living End). I to na tle tego albumu oceniać będę nowe dzieło Tarji. Nowy materiał bowiem nie jest zły, tego nie śmiem o nim powiedzieć, ale kiedy rozbudzono mój apetyt, trudno teraz zadowolić się czymś poniżej wyznaczonego progu. Bo nawet mocno polaryzująca krytyków i publiczność płyta Colours in the Dark miała chwytliwe 500 Letters czy Victim of R(rrrrrr)itual, What Lies Beneath magiczne I Feel Immortal, Until My Last Breath i świetne Anteroom of Death, a debiutanckie My Winter Storm przeładowano niemalże materiałami na hity (Die Alive pozostaje dla mnie najlepszym kawałkiem Tarji). Jakiekolwiek te płyty nie były, pamiętam wiele utworów z nich pochodzących i chętnie do nich wracam. In The Raw trzyma równy poziom oraz jest produkcją solidną i nawet spójną, brak mi jednak piosenek prawdziwie wyrazistych.

Doskwierać potrafi również strona techniczna nagrań. Być może to budżet, któremu daleko do sum pompowanych przez Universal kilkanaście lat temu, albo błędy samych realizatorów. Związanie się z niezależną wytwórnią dało Tarji z pewnością dużo więcej artystycznej swobody, ale kiedy kompozycje nie wychodzą ponad przeciętną, uwagę dużo bardziej skupia wokal ginący niekiedy w ścianie dźwięku, czy masywna tkanka orkiestrowa, pochodząca jednak z komputera. Nie mam na myśli, że niezależna wytwórnia jest od razu „be” (patrz: The Shadow Self), zaznaczam jedynie, że kiedy zgrzyta sam rdzeń kawałka, stajemy się dużo bardziej sceptyczni wobec podjętych kompromisów. Podobno surowość brzmienia leży w założeniach albumu, jednak kiedy nie rozumiem śpiewanych przez wybitny sopran słów, mamy do czynienia już z niedbalstwem.
Kończąc kawalkadę zastrzeżeń wobec In The Raw, przejdę do konkretów. Płyta dzieli się równo na dwie części po pięć utworów – pierwsza z nich wypełniona jest krótszymi, bardziej „hitowymi” i konwencjonalnymi piosenkami, drugą zaś budują dużo dłuższe, ocierające się o progresywność kompozycje. Ta część, w mojej opinii, jest zdecydowanie mocniejsza.
Spośród piosenek budujących część pierwszą, na uwagę zasługuje oczywiście singiel Dead Promises. Ma wyrazisty, otwierający riff, ma mocną partię gitar, ma też modelowy dla Tarji, melodyjny refren, również modelowo nieco zbyt łagodny względem szorstkiej i głośnej reszty piosenki. Na gruncie kompozycyjnym może sprawiać wrażenie, jakby został sklejony z klocków pochodzących z tej samej serii, ale niekoniecznie tego samego zestawu (już w pierwszych sekundach, przejścia między otwierającym uderzeniem kotła, riffem a właściwą piosenką są dość… surowe). Dobre wrażenie pozostawiła piosenka Goodbye Stranger, kobieca i tajemnicza (Christina Scabbia znakomicie stapia się z operowym wokalem Tarji w zwrotkach), Railroads to natomiast jeden z najmocniejszych kawałków na całej płycie, bardziej rockowy niż metalowy, spójny i konsekwentny, bez wybitnie problematycznego u Turunen dysonansu między dobrymi zwrotkami i (paradoksalnie!) spuszczającymi powietrze refrenami.
Numer 6, The Golden Chamber: Awaken / Loputon yö / Alchemy śmiało można uznać za najambitniejszy utwór w karierze Tarji. To baśniowa, oniryczna podróż wypełniona brzmieniem orkiestry i demonstracją możliwości ponad trzyoktawowego sopranu artystki. Przyznać trzeba, że Tarja Turunen jest w najlepszej formie w historii, ale, co doceniam i szanuję, nie grzmi tylko niczym z teatru operowego, ale wykorzystuje pełną paletę barw oferowanych przez jej instrument. Spirits of the Sea, kolejny mocny punkt, wyraźnie odwołuje się w swoim brzmieniu do korzeni progresywnego rocka, ale podaje całość w swoistym dla artystki, symfoniczno-mistycznym sosie, ponadto po raz pierwszy chyba tak odważnie sięgając po cyfrowe (i dobre!) manipulowanie wokalem. Silent Masquerade, pomijając absolutnie kiepskie i zbędne, recytowane intro i outro, brzmi jak wyjęte z repertuaru Within Temptation, a z porównania z zespołem Sharon den Adel są tylko in plus (i mam nadzieję, że na Paradise mokry sen fanów metalu symfonicznego się nie skończył!).
Wiadro pomyj w pierwszym akapicie, a na koniec ocena 6/10? Owszem, bo płyty słucha się dobrze. To kawał niezłego, autorskiego rocka, z zapędami do podbicia branżowych rozgłośni. To manifestacja znakomitej formy, w jakiej jest wokal Tarji Turunen. To kilka sprytnych pomysłów, dobrych kolaboracji, a nawet niemało ambicji w sięgnięciu po utwory w dłuższym formacie i odwołania do klasyki gatunku. Ale to też mocny powrót popowych refrenów, niespójnej struktury niektórych utworów i po raz pierwszy słyszalne, drobne niedociągnięcia techniczne. Tarja jest w muzyce zjawiskiem niemal unikatowym i z tą niszą mogłaby robić, co jej się żywnie podoba – na magnum opus artystki przyjdzie nam jednak jeszcze poczekać.
- Data premiery: 30 08 2019
- Single: Dead Promises, Railroads, Tears In Rain

