Mniej więcej jakoś rok temu Bovska wystąpiła w Lublinie w celu promocji drugiego muzycznego dziecka – „Pysk”. Dziś, dokładnie 22 maja, w piątek powróciła do tego samego miasta, żeby puścić w świat swój trzeci studyjny album – „Kęsy”. Klubowa trasa koncertowa pokazała odświeżone aranżacje i tchnęła nowe życie w nagrania z ostatniego krążka. To była uczta dla oczu, uszu i serca.
Magda Grabowska-Wacławek zauważa i usprawnia najmniejsze szczegóły, które wpływają na końcowy efekt całego wydarzenia. Jej koncerty mają to do siebie, że dopracowane są do ostatniej kropki, a nawet kropeczki. Wszystko było ze sobą zsynchronizowane – od dźwięków melodii, po wokal, ruch sceniczny i grę świateł. I tak jak Bjork grała w jednym z najlepszych musicali filmowych – „Tańcząc w ciemnościach”, tak nasza polska Bovska mogłaby spokojnie zagrać w ekranizacji o wdzięcznej nazwie „Tańcząca wśród świateł”.
Podczas koncertu nie tylko liczył się głos, ale także cała oprawa wizualna. To tworzyło integralną i nierozerwalną całość. Wszystko wzajemnie się dopełniało i sprawiało, że widz mógł wyjść z koncertu i poczuć, że jego każdy zmysł został w pełni nakarmiony. Bovska pokazała prawdziwy kunszt artystyczny, przedstawiła się jako kobieta-orkiestra, która nie tylko śpiewa, gra na instrumentach, ale także świetnie się rusza, co dodaje niesamowitego klimatu. Artystka śpiewając, wiła się wśród barwnych lamp i dokazywała energicznym krokiem.
Ten sceniczny zwierz pokazał, że będąc profesjonalistą w najlepszej formie, można także być osobą pełną luzu. Od pierwszych chwil na scenie udowodniła, że jej wokal niczym nie różni się od tego, co można usłyszeć na nagraniach studyjnych. To Ona rozdawała karty i za pomocą różnych efektów „schowanych” w mikrofonie wprawia w osłupienie oraz ekstazę, zebranych słuchaczy.
Sama część muzyczna przebiegła pomyślnie, ba. Można pokusić się i rzec, że przeszła perfekcyjnie. Na pierwszy plan wychodziło idealne zgranie zespołu – na własne oczy można było zobaczyć i posłuchać Jana Smoczyńskiego, który współtworzy z Bovską wszystkie nagrania. Jednak moje serce skradły wydłużone, lekko eksperymentalne wersje zebranego na trzecim albumie materiale. Ale to trzeba poczuć na własnej skórze. Instrumentale w dość mocny sposób targały wnęcznościami i wprawiały nogi do tańca. Najmocniejszym akcentem był zdecydowanie Jim, Kimchi, Luksus i Autoreset – godny przedstawiciel z albumu Pysk, który idealnie wpisał się w klubowe rytmy.
I patrząc na to, co widziałem rok temu podczas trasy koncertowej, to dziś wyrażnie można zauważyć, że Bovska złapała wiatr w żagle. Wzmocniła swój warsztat wokalny, ciągle pnie się do góry i udoskonala samą siebie oraz pracuje nad tym, żeby widowiska koncertowe były jeszcze lepsze. Dodatkowo nabrała doświadczenia scenicznego, jej ruchy są znacznie swobodniejsze – a co za tym idzie, hipnotyzujące.
Ta kobieta, podkreślmy jeszcze raz – Magda Grabowska-Wacławek a.k.a. Bovska, robi niezapomniane show. Jej koncerty są ucztą dla zmysłu i ciała. Ten set koncertowy świetnie sprawdziłby się na dużych festiwalach muzycznych, zwłaszcza o wieczorowych porach – bo światła i tańce w ich tle robią furrorę. Mieszkańcy Lublina już niedługo będa mieli okazję usłyszeć ją na sporym, plenerowym wydarzeniu – inni organizatorzy powinni od dawna ubiegać się o jej obecność na innych, ogromnych przedsięwzięciach muzycznych. Ona nie zawiedzie i zawsze rozpali ogień.
PS. Na tej stronie internetowej można zakupić limitowane, kasety magnetofonowe, które zostały wydane z okazji premiery teledysku do podwójnego singla Luksus / Gdy na mnie patrzysz.

