Miłość fanów do swoich muzycznych idoli często przekracza granice naszej wyobraźni, a nawet w wyjątkowych, ściśle określonych sytuacjach granice dobrego smaku. Najbardziej zagorzali z nich nie dadzą powiedzieć o swoim idolu złego słowa. Dowodem tego są wysokie nakłady płyt – nie takich znowu dobrych – jeśli chodzi o ich dźwiękową zawartość. Podobny mechanizm zadziałał chyba w przypadku wydanego w grudniu ubiegłego roku albumu brytyjskiej grupy Take That, kiedy to jeszcze w przedsprzedaży III zapewnił sobie szczyt tamtejszej UK Charts. Niemal miesiąc później wydawnictwo załapało się do pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedających się płyt na Wyspach obejmujące całe dwanaście miesięcy co jest, umówmy się, nie lada osiągnięciem. Czy to ZNAK, że mamy do czynienia z nowym światowym fenomenem? Niekoniecznie.
Jedynym elementem który wygenerował tak dużą sprzedaż po dłuższym obcowaniu z recenzowanym wydawnictwem wydaje się być tylko sentyment mieszkańców Wysp do owego składu. Zaproszenie do studia takich producentów jak Greg Kurstin (wcześniej współpracował z Katy Perry, Kylie Minogue, Lily Allen), John Shanks, Stuart Price czy duetu Mattman & Robin może i stworzyło dobrą komercyjnie płytę, ale absolutnie nie płytę panów z Take That – prezentowany tu materiał mogła nagrać pierwsza lepsza gwiazdka. Podkreślam słowo gwiazdka – pełnoprawna gwiazda taki materiał z pewnością by odrzuciła już po pierwszym odsłuchu. Po odejściu z zespołu Jasona Orange’a i Robbie’ego Williamsa wydaje się być bezsensownym szukanie kontynuacji świetnych kawałków z krążka Progress sprzed pięciu lat – na III zaprezentowano nam po prostu przeciętne, absolutnie nieudane ich podróbki.
Electropop nie jest taki zły – przecież to on towarzyszy nam na imprezach czy też coraz częściej w radiach podczas jazdy samochodem. Gatunek ten nie jest jednak dla wszystkich, a na pewno nie dla bohaterów tej recenzji. Takie kawałki jak Into The Wild czy Let In The Sun brzmią co najmniej nienaturalnie w wykonaniu trzech wydawało by się statecznych Brytyjczyków, a teksty w stylu You can have it, if you want it/If you want it, come and get it wydają się co tu dużo mówić błahe, pisane na kolanie, oparte na kilku schematach, aby tylko 'jakoś’ współgrały z linią melodyczną. Nie tym kosztem, nawet gdy pobudki tekściarzy były słuszne: teksty opowiadające o sile miłości i przyjaźni, motywujące i niejednokrotnie w czasie odsłuchu płyty podnoszące na duchu to tematy, których słuchacze oczekują od Gary’ego, Howarda i Marka.
Ostatecznym argumentem, że nie tędy droga w dalszej muzycznej drodze Take That niech będzie przykład czwartego na trackliście owego wydawnictwa utworu zatytułowanego Lovelife utrzymanego w stylistyce country czy singlowego, otwierającego These Days będącego z kolei próbą przekonania do siebie pokolenia, które nie słyszało może jeszcze o założonym w 1990 roku bandzie; sprytną próbą zainfekowania sprawdzonych, dobrze znanych patentów, rytmicznego gitarowego riffu próbującego nieskutecznie przebić się przez warstwę wszechogarniającej numer elektroniki i tanecznych refrenów zaczerpniętych z dyskotek ostatniej dekady XX wieku. Szczyt brytyjskiej listy singli zdobyty, plan wykonany. Tylko ciekawe czemu tylko tam?
Odpoczynek od sztucznych beatów przynosi nam Give You My Love i Get Ready For It. Ten drugi został wykorzystane w filmie Kingsman: The Secret Service i dostał specjalny teledysk stworzony właśnie na tą okazję. Takich właśnie chce ich oglądać: w eleganckich garniturach niż siedzących w papilotach u fryzjera w klipie do These Days. Wracając jednak, dwie wymienione wcześniej kompozycje może nie są szczytem możliwości Brytyjczyków, ale już sam ich minimalizm stawia je wśród tych najlepszych na III.
Siódmemu w dyskografii Take That albumowi nie można odmówić przebojowości i chwytliwości; w tej formule jednak uszczuplony do tria zespół stracił swoje znaki charakterystyczne, co czyni III albumem niesamowicie bezosobowym. Odsłuch tych radiowych szlagierów nie jednego fana grupy paradoksalnie wprawi w smutek i tęsknotę za ich poprzednimi dokonaniami, które wskrzesić może chyba tylko powrót Robbie’ego i Jasona i nagranie ósmego krążka w pięcioosobowym, pierwotnym składzie.



