Środowisko rapowe jeszcze do niedawna było kojarzone z dość hermetycznym tworem, w którym żyją ziomki napakowane niczym autobus do Lichenia, noszące hoodies i palące szlugi. Ostatnie 2-3 lata stały jednak pod znakiem fuzji gatunków, przez co aktualnie taki podział powoli zaczyna tracić sens. Dla mnie jest to dobry materiał na felieton, dla pracowników Empików – twardy orzech do zgryzienia, natomiast dla ludzi pokroju Taco Hemingway’a jest to szansa na przyciągnięcie tłumów. I on tę szansę wykorzystał.
Czy ktoś z Was znał Taco w czasach, gdy ten wydawał Young Hemes? Pytanie drugie: czy ktoś z Was wiedział, że wydał on Young Hemes? Ja też mówię dwa razy nie. Ale nie w tym rzecz. Powyższe pytania były jedynie wstępem, który miał uzmysłowić jak szybko można dojść do głosu, jeżeli tylko wie się jak to zrobić. Albo inaczej: ma się pomysł jak to zrobić lub chociaż podejrzewa się, że się wie. Cała ta gra logiczna jest dość poplątana, ale dla ludzi czytających ten wpis nie powinno być to problemem, bowiem trafiliście na recenzję Umowy o Dzieło – najbardziej dosadnego krążka w polskim rapie w 2015 roku.
Na czym polega ta dosadność? Na tym, że pomimo że nie mieszkam w Warszawie, to jestem w stanie uwierzyć w obraz stolicy kreowany przez rapera. Co prawda byłem tam tylko parę razy i spotykałem ludzi w niej mieszkających, ale kilka scenek, przypomnianych przez teksty z tej płyty, utknęło mi w pamięci. Być może niektóre z nich są zbyt hiperboliczne, bo historia Następnej Stacji budzi lekkie kontrowersje. Jednak dzięki takim hiperbolom Taco uzyskał finalny efekt. Nieco prześmiewczy, czasem wręcz pogardliwy obraz miasta Syrenki. Ale czy prawda w oczy kole? No właśnie nie do końca.
Nie jestem socjologiem ani też nie przeprowadzałem badań słuchaczy rapera, jednak z dużą dozą przekonania mogę stwierdzić, że odbiorcami Warszawiaka są głównie… sami Warszawiacy. I nie mówię tutaj o takim stereotypowym hipsterze, chociaż tworzą oni dość silną grupę. Mam też na myśli tych wszystkich białkoholików (mistrzowskie stwierdzenie), korposzczurów czy też popularnych ostatnio słoików. Mimo tego, że są oni na tej płycie przemieleni niczym baranina w pysku, to jakoś za bardzo ich to nie boli. Nie wiem, czy jest to kwestia ignorancji czy dystansu do siebie, ale fakt jest faktem – trafiła kosa na kamień.
Co do warsztatu i dykcji Taco, to tutaj mamy kolejny powód sukcesu Umowy. Zmiękczone flow rapera po pierwsze bardzo odpowiada do tematyki płyty, bowiem gdy mówi on chociażby o pizzy na tłustym cieście, to automatycznie staję się głodny, a po drugie – jest czymś charakterystycznym, co pozwoliło przypisać tę konkretną wymowę właśnie do niego. Momentami czuć nawet, że nie stara się za bardzo modyfikować tej dykcji i nie próbuje na siłę powiedzieć ładnie, lecz pozostawia rzeczy nieco brudne, a wręcz uświnione ostrym sosem z kebaba.
Muzycznie Umowa o Dzieło jednak leży. O ile minimalizm jest rzeczą kapitalną i zrobiony w odpowiedni sposób faktycznie podbija materiał, o tyle w przypadku tego wydawnictwa to się nie sprawdziło. Wiele osób uważa, że taka forma jest idealna, bo dzięki temu uwaga jest w pełni skupiona na tekstach. Ja jednak skłaniam się ku odmiennym opiniom, bo takie też spotkałem, że podkład jest zbyt biedny i nie podkreśla w pełni warstwy lirycznej. Dodatkowo te przeszkadzajki w formie elektronicznych wstawek robią to, czego nie powinny, czyli przeszkadzają w odbiorze. Ale kto co lubi – bardzo proszę.
To, co mnie cieszy najbardziej, to brak przerostu formy na treścią i odwrotnie. Często jest tak, że warsztat wybiega ponad treść lub co gorsza – komuś brakuje nieco skillsów, żeby przekazać coś ciekawego. O ile ci pierwsi zawsze się wybiją, bo idiotów słuchających muzykę jest sporo, o tyle ci drudzy będą siedzieć w podziemiu przez długi czas, a nawet do śmierci. Na szczęście lub nie Taco Hemingway połączył obie te składowe w proporcji zbliżonej do 1:1, dzięki czemu słuchają go zarówno debile, jak i ludzie z wyższych sfer. Mi osobiście Umowa o Dzieło zupełnie nie przypadła do gustu, jednak szanuję rapera, bo niewątpliwie wniósł coś nowego na scenę. A o to było w 2015 roku bardzo ciężko. #6zer



