Zapraszam serdecznie na moją relację z koncertu Tove Lo, który odbył się 16 listopada 2022 roku w warszawskim klubie Stodoła.
Zacznijmy może od samego początku, czyli niesamowitego występu, który dała fanom Miya Folick. Amerykańska piosenkarka i autorka tekstów spełniła rolę idealnego suportu, bowiem rozgrzała fanów, równocześnie zaostrzając apetyt na gwiazdę wieczoru i nie męcząc ich. Artystka może pochwalić się przepiękną barwą głosu i jego niesamowitą skalą. Wykonania piosenek takich jak Bad Thing, Oh God czy Leave The Party sprawiły, że tłum, mimo nieznajomości tekstów, wpatrywał się w nią jak urzeczony, wyczekując kolejnych piosenek. Amerykanka nie szczędziła również kontaktu z publicznością, żartowała, opowiadała o życiu prywatnym i, jak każdy zagraniczny artysta, mówiła jak bardzo cieszy się z tego, że wreszcie jest w Polsce. Występ piosenkarki oceniam bardzo pozytywnie, jestem pewien, że jej bajeczny głos i genialne piosenki zaskarbią jej jeszcze więcej fanów z całego świata.
Wracając jednak do gwiazdy wieczoru…
Jeszcze 10 lat temu nikt nie dawał tej niepozornej Szwedce najmniejszych szans na zdobycie międzynarodowej rozpoznawalności, a teraz? Wyprzedana prawie cała trasa koncertowa, wyprzedane największe hale w Londynie, Berlinie, Paryżu czy sold out warszawskiego klubu Stodoła, a z tego co mogłem zobaczyć, jest to dopiero początek jej wielkiej kariery.
Środowy koncert z Dirt Femme Tour rozpoczął się z subtelnym poślizgiem, bowiem dopiero o godzinie 20:20, gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie, ale gdy finalnie rozpoczęła śpiewać, wszyscy byliśmy już pewni, że to spóźnienie zostanie w 100% wynagrodzone. Artystka bowiem rozpoczęła z prawdziwym przytupem, serwując nam dwa kosmicznie klubowe bangery z jej najnowszej płyty. Pinapple Slice i Attenion Whore spisały się niesamowicie jako piosenki otwierające, bowiem skoczne, energiczne bity momentalnie porwały publiczność i nie chciały puścić. Fani niemal natychmiastowo zmatchowali energię artystki i już po paru pierwszych akordach otwierającej piosenki cały klub skakał i wywijał do pierwszych singli z Dirt Femme.
Po dwóch piosenkach Tove oficjalnie rozpoczęła swój koncert przemową. Szwedka mówiła, między innymi o tym, jak bardzo cieszy się, że może znowu wystąpić dla nas w tym magicznym miejscu, jakim jest klub Stodoła (występowała w nim w 2017 i 2015 roku wraz z promocjami poprzednich albumów). Artystka wspomniała również o swoim ostatnim występie w Polsce na tegorocznej edycji Openera i o niesamowitych emocjach, jakie towarzyszyły jej za sprawą polskich fanów, a także dziękowała za pełen sold out warszawskiego koncertu.

Kolejnym utworem, który zaserwowała nam artystka było hitowe Cool Girl i już podczas intro utworu tłum jakby oszalał, wszyscy uczestnicy dookoła mnie zdzierali gardło, wyśpiewując I’m a, I’m a, I’m a cool girl, I’m a, I’m a cool girl. Energia towarzysząca nam wszystkim w tamtym momencie była niesamowita, lecz to wszystko i tak było niczym w porównaniu do tego, co miało nadejść.
2 die 4 jest niekwestionowanym królem polskich radiostacji ostatnich miesięcy, co było zdecydowanie widoczne podczas tego koncertu. Tove Lo wraz z fanami stworzyła coś niesamowitego, cały klub wspólnie z artystką podrygiwał do melodii z lat 70, jakby jutro miało nie nadejść. Pasja roznosząca się pomiędzy ludźmi była niezaprzeczalna i trwała nieprzerwanie do ostatnich akordów finałowych piosenek.
Zmysłowe Are You Gonna Tell Her powstałe oryginalnie z francuskim raperem MC Zaac było personalnie jednym z moich faworytów tego koncertu. Czerwone światła, hipnotyzujący głos Tove, a do tego niezapomniana choreografia sprawiły, że ten występ zostanie ze mną już do końca.
Po serii skocznych bangerów przyszedł czas na chwilę wytchnienia, ponieważ Tove zaczęła występować ze spokojniejszymi utworami. Artystka zaprezentowała nam między innymi urocze Moments, w którym śpiewa o tym, że nie jest najpiękniejszą, najidealniejszą dziewczyną. Ma dużo wad, lecz pomimo tego jest niesamowita i ma swoje dobre chwile. Uważam, że uwzględnienie piosenki z tak ważnym przekazem na koncercie wypełnionym młodymi ludźmi, było świetnym pomysłem, ponieważ każdy miał szansę zobaczyć gwiazdę wielkiego formatu jako jedną z nas. Zwykłą dziewczynę zmagającą się z wieloma problemami, brakiem pewności siebie i rozterkami codziennego życia.
Wykonaniem, które zdecydowanie zapadło mi w pamięć, było Grapefruit. Jest to kolejny utwór z ważnym przesłaniem, bowiem Tove śpiewa o tym, jak ciężko było jej zaakceptować swoje ciało. Artystka porusza również ważne kwestie zaburzeń odżywiania, liczenia każdej zjedzonej kalorii i przejadania się. Przed wykonaniem Grapefruit piosenkarka wyznała, że sama przeszła bardzo długą drogę do pokochania samej siebie, do upragnionej samoakceptacji, która była możliwa dzięki latom spędzonych na terapii.
One, two, grapefruit, how am I back here again?
Three, four, lose more, I know my mirrors are lying
Five, six, hate this, take back the body I’m in
(What I see is not me, what I see is not me)
Artystka wsłuchała się w prośby polskich fanów i specjalnie na warszawski koncert częściowo zmieniła setlistę swojego koncertu. Zamiast nostalgicznej ballady I’m to Blame zaprezentowała nam inny kawałek pochodzący ze swojej najnowszej płyty – Suburbia. Utwór urzeka zarówno warstwą liryczną, jak i melodyczną. Tove Lo porusza w nim kwestie wchodzenia w dorosłość oraz wszystkich odpowiedzialności z nią związanych. Piosenkarka nie owija w bawełnę, mówi, że nie jest gotowa zamieszkać na obrzeżach w jednym z kolejnych pięknych domków, nie chce rutyny ani kłamstw, a także nie chce „stabilności” związanej z tym stylem życia, ponieważ jest ona całkowicie ulotna.
Nieubłagalnie zbliżał się koniec koncertu, jednak piosenkarka nie zamierzała zwalniać i na sam finał zaprezentowała nam swoje dwa największe hity Habits ( Stay High) oraz No One Dies From Love. Oba utwory były idealnym zwieńczeniem tego wyjątkowego pod wieloma względami wydarzenia, ponieważ dały fanom ostatnią szansę na zabawę do najbardziej rozpoznawalnych piosenek artystki.
Muszę przyznać, że wybierając się na koncert nie byłem w pełni przekonany, czy będę się dobrze na nim bawił, lecz teraz mogę ze szczerą radością powiedzieć, że moje obawy były absolutnie niesłuszne. Tove Lo zrobiła show, jakiego już dawno nie widziałem, a dodatkowo sprawiła, że naprawdę zainteresowałem się jej twórczością. Innym dodatkowym atutem był jej bardzo dobry kontakt z fanami, żarty, szczere wyznania czy po prostu small talk sprawiły, że wszyscy bardzo przyjemnie spędziliśmy czas.

