Harmonia niesamowitych dźwięków w hali Łuczniczka, czyli Symphonica w Bydgoszczy. Relacja Beaty Prętnickiej

Pojęcie ‘filharmonia’, ‘teatr’ czy nawet ‘opera’ kojarzą nam się z wyższą kulturą, trudną w odbiorze, a nawet mogącą być nieakceptowalną przez typowego młodego człowieka. Osoby pracujące w tych gałęziach kultury mają nie lada wyzwanie, by zachęcić dużą ilość osób do obcowania z tymi jakże zaszczytnymi gatunkami. Jednym z nich, może być świat Symphonicy, do którego zostałam zaproszona.


Symphonica to projekt, wobec którego nie można przejść obojętnie. Nie można tego nazwać koncertem, gdyż byłaby to ujma dla speców od efektów specjalnych. Nie można tego nazwać typową sztuką… co prawda za tym przedsięwzięciem stoi pierwsza prywatna Filharmonia Futura (która póki co żyje na tak zwanych walizkach, by za kilka miesięcy na stałe przenieść się do krakowskiego Kijów.Centrum), lecz to co działo się w Bydgoszczy ciężko dopasować do ram tej definicji. Genialny twórca aranżacji muzycznych i pomysłodawca wersji polskiej Mikołaj Blajda oraz jeszcze bardziej zdumiewająca Sylwia Lorens, która jednocześnie jest producentką przedsięwzięcia zabierają nas w magiczną muzyczną podróż. Jest to przede wszystkim widowisko, gdzie zderzają się różne światy: rocka i muzyki klasycznej, gitar i bębnów, perkusji z mini orkiestrą symfoniczną, wokaliści, którzy w repertuarze rockowym czują się jak ryba w wodzie z tymi, którzy bardziej odnajdują się w ariach i operetkach.

Znam klasyki zagranicznej muzyki rockowej, takie jak Don’t Miss A Thing Aerosmith, Smells Teen Like Spirit Nirvany, Nothing Else Matters Metallicy czy The Final Countdown Europe. Wszystkie te i jeszcze inne (np. Upiór w operze czy Carmen) zabrzmiały w zupełnie innych, osłupiających wręcz aranżacjach. Wszystkie zostały przekształcone tak, wykonania by w godny sposób i z poszanowaniem dla oryginału zaciekawiły widza. Idealnym wręcz sposobem na zwrócenie uwagi było zaproszenie Małgorzaty Ostrowskiej. Królowa polskiego rocka profesjonalnie podeszła do zadania postawionego przez twórców… Pokazała wręcz klasę, o której inni mogą pomarzyć. Jak dla mnie może sobie nawet być w czerwonym stroju ze skrzydłami anioła, ale to co wyprawiała z głosem… po prostu mistrzostwo w każdym calu. Czapki z głów i bardzo szkoda, że możemy ją zobaczyć tylko przez jeden sezon 2015/16 jako gość specjalny, bo to właściwy głos na właściwym miejscu.

Nie umniejszajmy jednak zasług pozostałych artystów, zaangażowanych w projekt. Mogliśmy zobaczyć Monikę Pilarczyk, Karola Śmiałka, wspomnianą wcześniej Sylwię Lorens, Mateusza Ziółkę, a także znakomitych muzyków, na co dzień współpracujących z największymi gwiazdami polskiej sceny muzycznej. Każdy z nich miał swoje pięć minut, by zaprezentować pełnię swoich możliwości.

Gdybym mogła, bez wahania poszłabym jeszcze raz i zabrała moją siostrę, a najlepiej jeszcze rodzinę, znajomych. Symphonica to teatr, musical, koncert z elementami multimedialnymi połączone w jedno wyśmienite widowisko i bez wahania poleciłabym je wszystkim, którzy szukają urozmaicenia. Tak, życzę całemu projektowi jak najlepiej, by wreszcie ludzie się na nim poznali… i wypełniali za każdym razem hale po brzegi w przyszłym roku w Gdańsku, Katowicach i Rzeszowie, tak jak wtedy, gdy w rodzinnym mieście będzie występował Miuosh wraz z Jimkiem i Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia.

Czytaj również