Czy ktoś z Was pamięta jeszcze Finów z Sunrise Avenue? No właśnie… od razu przychodzą nam na myśl utwory takie jak Fairytale Gone Bad, Forever Yours, czy Romeo. Problem w tym, że te wszystkie utwory powstały jakieś 10 lat temu. W międzyczasie grupa jak najbardziej wzbogacała swoją dyskografię o kolejne krążki, jednak mamy wrażenie, że na przestrzeni tych lat, postanowiła zaginąć. W 2011 roku pojawił się mały come back w postaci singla Hollywod Hills, który wspiął się równie wysoko jak jego dawni koledzy z debiutanckiej płyty. Teraz Sunrise Avenue postanowili ponownie powrócić, z trochę większym hukiem, także na polski rynek. Kilka tygodni temu ukazała się piąta (!) studyjna płyta w historii Finów. Czy pokochamy ją tak samo jak debiutancki krążek?
Przypuszczam, że tu może pojawić się pewien problem. O ile On the Way to Wonderland to album, który faktycznie zahaczał dość mocno o rockowe ramy, o tyle odpalając Heartbreak Century od pierwszych dźwięków słyszymy niestety marną wersję bardziej popowych utworów. Niestety takich, których obecnie w radiostacjach jest aż nadmiar. Gdyby nie nadal rozpoznawalny, i nadal całkiem dobry wokal Samu, płyta przeszłaby bez jakiegokolwiek echa na wszystkich rynkach muzycznych, do których Finowie starali się trafić. Warto właśnie wspomnieć o tym, że po udanym debiucie w niemal całej Europie, zespół skupił się głównie na Skandynawii oraz kilku pojedynczych państwach jak Niemcy, czy Austria. Ten fakt, sam przemawia za tym, że chyba coś z tym wszystkim jest nie tak.
Wróćmy jednak do Heartbreak Century. Ta przygoda zaczęła się jakiś czas temu, kiedy Finowie zaprezentowali pierwszy singiel zatytułowany I Help You Hate Me. Rytmiczny, wesoły z nieco powtarzalną melodią. Z jednej strony wszystko jest ok – z drugiej, po tylu latach od zespołu wymagałoby się czegoś więcej, niż tylko radosnej piosenki, z refrenem idealnie nadającym się na koncertowe wykonanie z chórem publiczności. Później usłyszeliśmy tytułową kompozycję Heartbreak Century. Tutaj ponownie można by pokusić się o dokładnie taki sam opis – rytm i radość. Tak naprawdę to wszystko, co usłyszymy w drugim singlu. Wniosek? Prawdopodobnie większość słuchaczy, jeśli kiedykolwiek miała do czynienia z grupą, odpuści słuchanie całości krążka. Chyba, że tak jak ja, zrobicie to z ciekawości wynikającej ze starej miłości do zespołu.
Pomiędzy dwunastoma autorskimi utworami znajdziemy np. Afterglow, czyli delikatne zwolnienie tempa, a tym samym kompozycja, która najbardziej przypomina stare dobre SA,. Dalej, równie spokojne Let Me Go, zbudowane przez brzmienie gitary, czy bezpłciowe Flag. Obok pojawia się minimalnie wplatające elektronikę Question Marks, a także Beautiful, w którym brzmieniu też daleko do rocka. Krążek zamykają dwie popowo-rockowe ballady – Room (bardziej wyrazista i rytmiczna) oraz Home (delikatna i spokojna). Ta elektronika nie pojawia się na płycie bez powodu. Heartbreak Century to dodatkowo dwa kolejne krążki. Pierwszym z nich są właśnie elektroniczne remixy większości utworów. Jednak drugi to coś wręcz odwrotnego, a mianowicie akustyczne wersje sześciu kompozycji.
Jeśli być szczerą, to właśnie ta ostatnia, akustyczna płyta jest najmilsza dla ucha. Oryginalne wersje utworów z Heartbreak Century to duża powtarzalność i przekładający się na to brak wyrazistości utworów. Wokal Samu nie uratuje tej płyty, jednak jest jej najlepszym punktem. Poza tym – jeśli kogoś ominie przesłuchanie tego krążka, naprawdę nic nie straci.

