Wybuchowa mieszanka rapu i popu, świeżych kompozycji i coverów, brutalności i delikatności. Czego nie zawiera ten album? Prawdopodobnie każdy znajdzie coś dla siebie, lecz z drugiej strony zagorzali fani muzyki filmowej mogą czuć się lekko zdezorientowani.
Na ścieżce dźwiękowej do filmu akcji bazującego na komiksach DC Comics swoje miejsce znalazły osobliwości współczesnej sceny. Dużo w tym gniewu i natarczywości oddającej charakter głównych bohaterów Suicide Squad, tytułowego Legionu Samobójców. Ma być groźnie i żywiołowo, z drugiej strony tajemniczo i nietuzinkowo. Muzyka stworzona na potrzeby nowoczesnego kina, gdzie w strugach deszczu pod przykrywką nocy rozgrywają się walki pomiędzy dobrem a złem- a raczej złem wcielonym, które przybiera nową postać bohatera w obronie ludzkości.
Począwszy od pionierskich kombinacji mistrzów w swoich kategoriach, takich jak Lil Wayne, Wiz Khalifa & Imagine Dragons z piosenką Sucker For Pain czy też Action Bronson, Dan Auerbach z The Black Keys & Mark Ronson z Standing In The Rain zaczynamy czuć klimat. Co prawda współpraca na potrzeby filmu nie uczyniła z utworów ich czołowych kompozycji, lecz z dużą precyzją odzwierciedla jego estetykę. Słuchając, mogę wręcz poczuć strugi deszczu spływające po moim karku.
Grimes przeciąga fazy refrenu, męcząco wydłuża dźwięki w bijącej po uszach elektronicznej miksturze. Maleńką artystkę zdecydowanie byłoby stać na więcej.
Co innego zaserwował nam zespół War, mimo iż Slippin’ Into Darkness przywołuje na myśl raczej słoneczną biesiadę. To jeden z tych momentów, w którym można przymknąć oko na złe uczynki naszych bohaterów.
Confidental MIX zaskakuje chóralnym, delikatnym żeńskim wejściem z niepokojącą nutą w tle oraz dramatyzującymi skrzypcami. Anielsko- mimo to czuję grozę. Becky Hanson prowadzi słuchacza swoim głosem proso w otchłań mrocznej krainy, a my zwiedzeni jej niewinnością dajemy się porwać w nieznane.
Kolejny kontrast: doskonale znana już Heathens chłopaków z Twenty One Pilots zwiastująca materiał. Smutne klawisze, recytowane zwrotki i zapadający w pamięć koniec. Przetworzony elektronicznie głos pogłębia ponurość utworu.
Mimo że nie specjalizuję się w piosenkach mówionych You don’t own me to jedna z ulubionych komozycji na płycie. Nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie: począwszy od smutku przez nostalgiczny refren po niepokojące wstawki rapera G-Eazy. Później znów wracamy do wokalistki Grace serwującej liryczność rodem z melodramatu, a nie gangsterskiego filmu XXI wieku. Do tego wskazana elektronika dodająca smaczku.
Purple Lamborghini duetu Skrillex & Rick Ross sprowadza mnie na ziemię i przypomina jaki film oglądam oraz czego rzecz się tyczy. Głośno, nachalnie, bezkompromisowo. Nie ma litości– twierdzi Rick Ross, a ja słucham posłusznie.
Kehlani ofiaruje od siebie nostalgię, miłosną nutkę- słodką lecz nieprzesłodzoną. Delikatna kompozycja z komputerową aranżacją przy refrenie i wpadającą w ucho całością. Zapada w pamięć, nawet przy swojej pozornej urokliwości.
Brendon Urie chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać i fascynować. Ze swoją teatralną manierą świetnie wciela się w postać Freddiego Mercury’ego, coverując Bohemian Rhapsody. A raczej wcale nie musi się wcielać- jest stuprocentowym sobą, doskonale posługującym się kwiecistą manierą. Miło posłuchać odświeżonej wersji klasyku, którego wykonanie (rywalizując z blaskiem pierwowzoru) jest trudne, lecz w tym przypadku nie tylko wykonalne co udane.
Na koniec zostawiam bezcennego Eminema, bez którego płyta pozostałaby pozbawiona kolorytu. Pojawienie się jego osoby było wskazane w przypadku podobnego filmu. Jak zwykle budzi kontrowersje, jak cieszy nas swoją obecnością. Z chęcią przewijam krążek w poszukiwaniu piosenki Without Me. Chcąc zrecenzować soundtrack, włączam muzykę i zakładam słuchawki zaraz po wyjściu z domu. Nigdy nie spodziewałabym się zaczynać dnia od słuchania białego rapera o szóstej rano, lecz to ewidentnie mnie cieszy.
Na podobieństwo filmu Suicide Squad, ścieżka dźwiękowa ma być jedynie kolorową kompilacją, zabawą na moment, przyjemnością do szybkiego zapomnienia. Ot, chwilową zachcianką na uatrakcyjnienie jednego, szarego wieczoru. Niestety mimo wyjątkowych połączeń twórców, po kolejnym odsłuchu całość staje się męcząca i zniechęca do siebie. Wiz Khalifa zdążył ponownie przypomnieć „no pain, no gain” i tym razem nie mam ochoty się z nim nie zgodzić.


