Stone Sour – Hydrograd (2017), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
287

Corey Taylor to jeden z najbardziej kontrowersyjnych, a jednocześnie bardzo często zabierających głos w sprawach wszelakich, wokalista. Pomimo tego, że i tak większość osób nie do końca zaznajomionych z tematem, skojarzy go z jakże docenianej grupy Slipkont, artysta ma na koncie drugi, równie ciekawy projekt – Stone Sour. Z niewyjaśnionych powodów ten zespół w światku muzyki jest zdecydowanie mniej doceniany. Dlaczego? Trudno stwierdzić. Nawet jeśli muzyka jaka pojawia się pod każdą z nazw nie jest do siebie podobna, to drugie dziecko Taylora należy do jednych z lepszych rockowych bandów. Krążkiem Hydrograd udowadniają to jeszcze bardziej.

Na wstępie należy stwierdzić, że jest to jedna z najmocniejszych płyt wydanych pod szyldem Stone Sour. Co miało na to wpływ? Na pewno wymiana składu. Miejsce gitarzysty Jima Roota zajął Christian Martucci, natomiast w roli basisty pojawia się Johny Chow. Efekt? Piękne, burdne, silne brzmienie, którego nie powstydziłby się niejeden metalowy zespół. Zacznijmy od samego początku, czyli kompozycji Taipei Person/Allah Tea. Zwrotka należy zdecydowanie do tej wyraźniej i mocnej części krążka. Jednak później pojawia się to, co charakterystyczne dla Stone Sour – odrobina melodyjności. I czy jest w tym coś złego? Wręcz przeciwnie! Te dwa światy idealnie spinają utwór w jedną udaną całość. Chociaż… stwierdzę jedynie, że refren zdecydowanie niepodlegający pod czystego rocka, zahacza o jakąś delikatną namiastkę pop punku. Przynajmniej takie wrażenie odnosi się słuchając ostatniego wersu linii wokalu. Zaraz potem pojawia się podobne swą budową do poprzednika Knievel Has Landed oraz bardzo grungowe, tytułowe Hydrograd.

Jednak Stone Sour to nie tylko silne brzmienie, które rozpędzone przeszywa nasze uszy. Czasami znajdzie się chwila zwolnienia tempa, a w grę wchodzą wtedy te najbardziej melodyjne i banalne dźwięki. Tym właśnie jest Song #3. Od tej kompozycji nie wymagajmy cudów. Muzykę schowajmy na drugi plan i zostańmy przy jak zwykle dobrym… Ba! Bardzo dobrym wokalu Taylora, który wprowadza ten kawałek na zupełnie inny level. I nie bójmy się tego stwierdzenia – jest to jeden z najbardziej pop-rockowych utworów, jakie było nam dane słuchać pod szyldem Stone Sour. Ta sama sytuacja spotyka nas w The Witness Trees, Friday Knights oraz Rose Red Violent Blue (This Song Is Dumb & So Am I). Swoją drogą – i jak tu nie lubić tego projektu, kiedy w tytule utworu, znajdujemy dopisek, że jest po prostu głupi.

Wracając do silnego brzmienia Stone Sour, na Hydrograd znajdziemy jeszcze kilka takich kompozycji. Tych, które łączą trochę melodyjności z domieszką metalu. Są nimi chociażby Somebody Stole My Eyes, Fabuless oraz Mercy. Ale nie zapominamy o tym, że każdy rockowy band MUSI, chyba po prostu MUSI, nagrać przynajmniej jedną banalną balladę, która pojawi się na płycie. W tym przypadku mamy ich dwie, które zwalniają tempo mniej więcej w środku krążka oraz na samym końcu. Są nimi When The Fever Broke oraz St. Marie. I właściwie nic w tym złego, tym bardziej, że głos Taylora w takich utworach potrafi przenikać w najgłębsze zakamarki słuchacza.

Jednak po przesłuchaniu całości w głowie rodzi się jeden zarzut – podobne brzmienie. Faktycznie nie znajdziemy na tej płycie chociaż jednego bardzo wyróżniającego się utworu. Kompozycje są całkiem dobre, jednak przesłuchując płytę od początku do końca, zlewa się ona w jedną, mało kontrastową całość. Tym samym nie można odebrać Hydrograd tego, że jest wartym przesłuchania krążkiem. Nawet jeśli zaraz odejdzie w zapomnienie.