Po neonowo-klubowej erze Brat, Charli XCX wraca z eksperymentanym projektem Wuthering Heights. Oryginalna oraz klimatyczna ścieżka dźwiękowa ukazała się 13 lutego. Stworzyła nie tylko jeden utwór, ale cały album muzyki, który został specjalnie stworzony pod film Emerald Fennell o tej samej nazwie.
Pierwszym utworem z płyty było House, czyli mroczna, awangardowa kompozycja stworzona wspólnie z legendą The Velvet Underground, Johnem Calem.
Już pierwsze sekundy House jasno sygnalizują, że Charli śmiało biegnie w kierunku zupełnie innych brzmień. Następuje imersja w mroczny, gotycki świat inspirowany wizją Emily Brontë. To raczej nie jest kawałek, który złapiecie w radiu albo w galerii handlowej. Zamiast tanecznych beatów otrzymujemy ciężką, kinową atmosferę, nerwowe smyczki i podszyty niepokojem monolog Johna Cale’a. Dopiero w finałowej części słyszymy głos Charli oraz brutalną, niemal industrialną ścianą dźwięku. Wokalistka nie rezygnuje z autotune’u, który od lat jest jej znakiem rozpoznawczym, ale tym razem używa go, by stworzyć chłodny, niemal upiorny wokal. W ciekawy sposób kontrastuje z patosem i melancholią początku utworu.
Artystka przyznała, że inspiracją do stworzenia ścieżki dźwiękowej była chęć pełnego odcięcia się od poprzedniej estetyki. W jej wizji Wuthering Heights to błoto, wiatr, zimno, obsesyjna miłość i ból. To zarówno elegancja, ale i brutalność. Te słowa, zaczerpnięte z dokumentu Todda Haynesa o The Velvet Underground, stały się dla Charli artystycznym kompasem podczas pracy nad projektem. Zapisała je w telefonie, wracała do nich regularnie, aż w końcu doprowadziły ją do Johna Cale’a. Jak wspomina, pierwsze demo z jego monologiem wzruszyło ją do łez.
Nawiązaliśmy więż, porozmawialiśmy przez telefon i wow… ten głos – tak elegancki, tak brutalny. Wysłałam mu kilka utworów i zaczęliśmy rozmawiać konkretnie o House. Rozmawialiśmy o pomyśle na coś w formie poematu. Nagrał coś i wysłał mi to. Coś, co tylko John mógł zrobić. I to było… no cóż, sprawiło, że się rozpłakałam.
opowiada Charli XCX
Towarzyszący premierze teledysk w reżyserii Mitcha Ryana potęguje odrealniony klimat kompozycji. Mroczne wizualizacje, sylwetki nieznanych postaci, cienie na ścianach, kruki w slow motion i scena, w której Charli polewa skórę gorącym woskiem. Wszystko to tworzy gotycką opowieść o obsesji, samotności i zatraceniu. Cale pojawia się w kadrze niczym nawiedzony narrator, obserwator rozpadu wewnętrznego bohaterki.
Reszta utworów ma już bardziej charakterystyczne dla Charli popowe brzmienie, chociaż w każdym utworze słychać tradycyjne instrumenty, szczególnie instrumenty smyczkowe. Widać, że artystyka stara się dopasować warstwę muzyczną do filmu, jak tylko może. Tradycyjne instruenty tworzą idealny klimat.
Choć opinie co do filmu są różne, to ciężko się nie zgodzić, że Charlie XCX stworzyła piękny i koherentny album. Jest to album nieco ciemniejszy, ale w ciemnościach jej dobrze. Wokalistka pokazuje, że umie się odnaleźć także w innym rodzaju brzmień, mniej mainstreamowych. Piosenki na tym albumie zdecydowanie nie są hitami, ale są pięknymi opowieściami i uzupełnieniami do większej opowieści słynnej angielskiej pisarki.
