Soundgarden – Badmotorfinger (1991), recenzja Michała Szuma

0
401

Ludzie od zawsze dzielili się na tych, którzy fascynują się stawianiem markerów na linii czasu przy okrągłych liczbach, oraz tych, którzy obok tych rocznic przechodzą obojętnie. I nie ma w tym nic złego – w końcu każdy czuje czy dla niego wiek to tylko liczba czy wyrocznia odmierzająca odległość w podróży zwanej życiem. Jeżeli już jednak mowa o celebrowaniu rocznic, to należąc do pierwszej grupy przyjemniej jest, kiedy te grubsze jubileusze obchodzi się z pompą, rozmachem i w towarzystwie dzieci w strojach ludowych, czyż nie?

…to, jak w gardłach im rodzi się grunge.

Tak się składa, że płycie Badmotorfinger w zeszłym roku pyknęło 25 lat, więc z tej okazji – idąc tropem wprowadzenia – można by się spodziewać czegoś więcej niż wspominkowego postu na Facebookowej tablicy. Panowie z Soundgarden, w swej amerykańskiej fantazji posunęli się o parę kroków dalej – konkretnie siedem. Jest to liczba nieprzypadkowa, bo właśnie tyle płyt liczy sobie „super hiper ultra mega pack” wznowionej edycji płyty z 1991.

I choć to dopiero następna płyta, czyli Superunknow z 1994 roku, zrewolucjonizowała światową muzykę i przyczyniła się do definicji słowa grunge, to Badmotorfinger był tym albumem, na którym wydarzyło się wiele rzeczy „pierwszych”. To właśnie tu zadebiutował wieloletni (i obecny) basista grupy, Ben Shepherd. Nową rzeczą była też zastosowana różnorodność tempowa, gdyż piosenki były nagrywane zarówno na proste 4/4, ale i na 5/4, 7/4 czy 9/8. Inne były także strojenia gitar, według wielu opisywane po prostu jako rozstrojenie (wraz z najbardziej abstrakcyjną opcją, w której każda struna była nastrojona na E – tak podobno nagrano piosenkę Mind Riot).

Samo brzmienie krążka zgoła różni się od tego, co dziś nazywamy grungem. Zdecydowanie bliżej mu do metalu, o czym decydują ciężkie i wyraziste partie gitarowe. Punktami charakterystycznymi są również zapadające w pamięć riffy, jak te z Rusty Cage czy Outshined, nieodłącznie kojarzące się z metalem. Kolejnym puzzlem w układance jest wokal Chrisa Cornella – soczysty i charakterystyczny. Z jednej strony krzykliwy, z drugiej – melodyczny, lecz nigdy przewidywalny czy nudny.

Wspomniane wyżej rozróżnienie w tempie ma swe odzwierciedlenie w także w szybkości grania poszczególnych piosenek, gdyż meandrują one od prędkości niemal balladowych (Slaves & Bulldozers czy Searching with My Good Eye Closed) do galopu rodem z punk rocka (Jesus Christ Pose czy Face Pollution). Kompromisów i jeńców brak – jeżeli ma być szybko, to oznajmia to zarówno perkusja (co oczywiste), gitary (więcej agresji, mniej uderzania w pojedyncze struny), jak i wokal (mniej screamów, więcej rytmicznego śpiewania). W przeciwnym wypadku mamy więcej zabaw z muskaniem prowadzącego szarpidruta, bas jest zdecydowanie bardziej zróżnicowany, a wokal wyciąga się wniebogłosy.

Dodając do siebie wszystkie składowe, nie dziwi fakt, że to właśnie Badmotorfinger jako pierwsze w dyskografii Soundgarden doczekało się złota i platyny, a także było pierwszym komercyjnym sukcesem grupy. Później było już tylko lepiej, ale to właśnie od grania Outshined oraz Rusty Cage w stacjach radiowych oraz na kanale MTV, zaczęła się przygoda wielu słuchaczy z grupą z Seattle. Z perspektywy czasu należy ocenić tę płytę jako mocno eksperymentalną, ale to właśnie dzięki niej późniejsze Superunknow okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie zmienia to jednak faktu, że Badmotorfinger na zawsze zapisze się w dziejach muzyki rock jako płyta bardzo dobra.