Oderwanie się od gatunku muzycznego, któremu było się wiernym przez lata, często wiąże się z ogromnym ryzykiem. Zwłaszcza, kiedy artysta przez lata serwował swoim fanom muzykę taneczną, a teraz postanowił nagrać coś znacznie odbiegającego od tego, co przyniosło mu największą popularność. W przypadku nowego „muzycznego imidżu” Sophie Ellis-Bextor, który zaprezentowała na swoim albumie ШАNDԐЯLUЅT, nie można mówić o pomyłce.
Wokalistka, przez lata kojarzona głównie z klubowych, tanecznych przebojów takich jak Murder on the Dancefloor, Groovejet czy Get Over You, przyznała w jednym z wywiadów, że zmiana kierunku muzycznego związana jest z jej licznymi podróżami po Europie. Inspiracje wschodnioeuropejską kulturą słychać już w utworze Birth of Empire otwierającym piąte wydawnictwo artystki. Wystarczy kilka sekund, by poczuć indie rockowy klimat i dać się porwać do nowego świata wokalistki, pozbawionego klubowych beatów. Mocny, choć nieco mroczny numer, z nastrajającą grą skrzypiec w tle, buduje napięcie przez niemal cztery minuty. W tym czasie słuchacz całkowicie oddaje się Sophie i razem z nią przeżywa wszystkie emocje – zarówno te pozytywne, jak i negatywne.
Emocjonalnych utworów na nowym krążku jest całe mnóstwo. Warto wyróżnić tutaj m.in. singiel Young Blood, który podkreśla liryczność wokalistki oraz jej delikatny, charakterystyczny głos. Całość podkreśla także subtelne brzmienie fortepianu, które okazało się strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak umieszczenie wśród jedenastu propozycji genialnego utworu Cry to the Beat of the Band. Kawałek pociąga za wszystkie sznurki odpowiedzialne za uczucia słuchacza, wywołując jednocześnie radość, szczęście, jak i żal, smutek, niepewność oraz wzruszenie. Bez wątpienia jest to najlepszy utwór z całej płyty, świetnie wpasowałby się też w klimat dobrych, hollywoodzkich thrillerów.
Na ШАNDԐЯLUЅT znalazło się także miejsce na nieco lżejsze i nieco banalne propozycje, w tym na Runaway Daydreamer czy dynamiczne The Deer and the Wolf, które pokazuje drapieżność wokalu Ellis-Bextor. W obu z nich nietrudno też o skojarzenia z muzyką takich wokalistek, jak chociażby Ellie Goulding. Inna propozycja – Love Is a Camera, kojarzyć się może z repertuarem Edith Piaf, nagranym w anglojęzycznej wersji. Nieco staromodne, ale magnetyzujące tło muzyczne, uwodzicielski głos oraz wdzięcznie prezentująca się całość urzekła mnie od razu. Tak jak Intelude, odsyłające nas we wczesne lata 20., kiedy na bankietach królowały walce angielskie i muzyka puszczana prosto z gramofonów.
http://youtu.be/sO4p_z_K-U0
Wśród wszystkich piosenek z płyty nietrudno nie zauważyć kawałka 13 Little Dolls, zupełnie odbiegającego klimatem od reszty – szybki, rockowy utwór świetnie nadający się na radiowy przebój, jednak dość dziwnie prezentujący się na tle spokojnych, często wzruszających propozycji.
http://youtu.be/inzARcLdiw8
Takich metamorfoz potrzeba światowemu rynkowi muzycznemu. Przez wiele lat kojarzona z tanecznymi utworami, przez co często nazywana była „Klubową Królową”, nagrała bardzo album, zaskakujący album. Nie tylko najlepszy w swoim dorobku, ale na pewno jeden z lepszych z tym, dopiero co rozpoczętym roku. Chociaż nie zabrakło na nim nieciekawych i mało poruszających instrumentalnie propozycji, znalazłem mnóstwo perełek, z Cry to the Beat of the Band na czele.



