Klasyczne składanki „the best of” stają się ewidentnie coraz bardziej passé, artyści szukają więc nowych, zaskakujących sposobów przypomnienia swoich największych przebojów. Sophie Ellis-Bextor, świętująca pełnoletność kariery (tak, to już osiemnaście lat od premiery Read My Lips!) zdecydowała się na towarzyszenie orkiestry. Tylko czy jej silnie inspirowany muzyką disco repertuar poradził sobie z takim wyzwaniem?
Niezupełnie. Dziewiętnaście utworów to niemało nawet jak na klasyczną składankę, a w tym wypadku przeboje piosenkarki mamy w pewnym sensie poznać na nowo. Sztuką jest zatem wyważyć energię całego krążka tak, aby nas nie znudził, odpowiednio dozując emocje, różnicując brzmienie, czasem pobudzając, czasem wyciszając. Przypomnijmy sobie chociażby znakomitą kompilację The Abbey Road Sessions Kylie Minogue, czy symfoniczne popisy Alexa Christensena, który niemieckie techno przenosił wprost do filharmonii. A The Song Diaries ma z tym olbrzymi, olbrzymi problem. Aranżacje są bowiem przeurocze, głos Sophie Ellis-Bextor niezmiennie dziewczęcy i urzekający, ale utwory praktycznie nie różnią się od siebie, trzymając równy, bezpieczny poziom. Orkiestra rozpisana jest bardzo zachowawczo, żeby nie powiedzieć prosto. Jej brzmieniu brakuje głębi, „mięsa” – pasowałaby jako jedna z kilku partii instrumentalnych utworu, a nie jako jedyna, budująca całość kompozycji. Najbardziej zaś doskwierał mi niemal zupełny brak sekcji rytmicznej, która zdynamizowałaby wiele kawałków. Przez prawie półtorej godziny trwania płyty czekałem na kulminację, godne brytyjskiej księżniczki disco podsumowanie bogatej i często niedocenianej twórczości. Dostałem tylko kilka dobrych momentów – całe szczęście, są NAPRAWDĘ dobre.
Murder on the Dancefloor, jeden z najbardziej uwielbianych numerów piosenkarki, nie zawiódł, a wręcz zaskoczył mnie, sięgając po stylistykę latynoską. Gitary i instrumenty perkusyjne (kastaniety!) od razu ruszają biodra do tańca, ani trochę nie ujmując partii orkiestry, dzięki czemu można się autentycznie rozmarzyć i nawet wzruszyć. Końcówka płyty zaś to szkoła dobrych decyzji aranżacyjnych. Young Blood to utwór wyjęty żywcem ze starych, hollywoodzkich romansów. Piękny motyw grany na klarnecie spaja całą kompozycję, a orkiestra rozpisana jest wzorowo, czarując bogactwem kolorów swojego brzmienia, odpowiednio budując napięcie i znakomicie je rozładowując. Love is a Camera niewiele może różni się od swojego pierwowzoru, ale jego teatralność tylko zyskuje dzięki symfonicznej aranżacji, Wild Forever natomiast to przykład tego, jak Sophie Ellis-Bextor powinna była zająć się wszystkimi utworami na swoim nowym krążku. Rockowy pierwowzór, będący bez wątpienia rezultatem długich sesji z Baba O’riley The Who, stał się intymną balladą, zbudowaną wokół, nareszcie, pełnego brzmienia orkiestry, znakomicie uzupełnionego partią chóru w jego ostatniej minucie. No i Love is You oraz Take Me Home (Orchestral Disco Version), które są wręcz manifestacją tego, za co pokochaliśmy brytyjską piosenkarkę – pełną szczerej radości wariacją na temat wszystkiego, co najlepsze w disco.
Odnoszę wrażenie, że Sophie Ellis-Bextor aż za bardzo chciała odwrócić do góry nogami pierwotne brzmienie swoich przebojów, aranżacje okazały się jednak nieumiejętnie rozpisane. Są ładne i łagodne, ale też zbyt uproszczone i okrojone z głębi. Wystarczyłoby pokusić się o odrobinę perkusji, a od razu nabrałyby charakteru, wciąż mogąc tytułować się orkiestrowymi. Najmocniejszymi punktami The Song Diaries okazały się być te utwory, którym nie odebrano ich pierwotnego blasku dyskotekowej kuli, ale nadano im wysmakowany, ekskluzywny styl. Gdyby płyta składała się z takich kompozycji, przeplatanych dojrzałymi, kobiecymi balladami w rodzaju Wild Forever, mielibyśmy materiał na dwa punkty więcej. Ostatecznie otrzymujemy jednak album pełen ambicji, którym nie udało się sprostać w sposób taki, na jaki Sophie Ellis-Bextor zasługuje.
- Data premiery: 15 03 2019
- Single: Love is You, Take Me Home, Murder on the Dancefloor, A Pessimist is Never Disappointed
Young Blood
Love is a Camera

