Zeszły rok był po brzegi wypełniony ultranowoczesnym spojrzeniem na muzykę pop za sprawą takich gwiazd sceny jak Charli XCX, Dorian Electra czy Kim Petras. Wśród nich swoje miejsce znaleźli również nieco mniej rozpoznawalni artyści jak chociażby bohaterka dzisiejszej recenzji, czyli Slayyyter. Jej debiutancki mixtape pod najbanalniejszym na świecie tytułem Slayyyter, przemkną mi gdzieś miedzy kolejnymi internetowymi hitami drugiej dekady XXI wieku i dziś, doskonale wiem dlaczego.

Zacznę może od tego, że Slayyyter z pewnością posiada swoich wiernych fanów, na co wskazują chociażby całkiem imponujące statystyki jej profilu na platformie Spotify. Natomiast nie mogę oprzeć się wrażeniu, że popularność Amerykanki jest raczej sprawką nostalgii jaką roztacza niczym perfumy nad sobą personą, niż tego jakie realnie są jej utwory, w oderwaniu od estetyki, którą reprezentuje. Jestem wstanie założyć się o stówkę (groszy), że nawet największy laik muzyki pop potrafiliby wskazać kto jest muzą Pani Slayyyter, a jest nią nie kto inny, jak sama Britney Spears. Nie dość, że Slayyyter śpiewa, bądź umyślnie stylizuje swój głos na bliski temu, którym posługuje się Spears już od ponad 20 lat, tak również odwołuje się do niej czysto muzycznie, sięgając po charakterystyczny styl „brudnego R&B” z lat 2001-2007. A to wszystko okraszone zostało wspomnianą już ultranowoczesną produkcją spod znaku chociażby SOPHIE, czy Arca, za co Slayyyter szanuję, jednak jest to za mało, by mówić o nim jako o dobrym projekcie.
Oczywiście nie ma nic złego w miłości do Britney Spears i czerpaniu z jej twórczości pełnymi garściami. Jednak w przypadku Slayyyter, jej inspiracja zdaje się być wielkim peanem na cześć blondwłosej ikony początków XXI wieku, pozbawionym jakiegokolwiek odautorskiego komentarza, sprytnie ukrywając się za stylistyką „Britney 300%”. Slayyyter to mieszanka nostalgii, wprost fantastycznej produkcji, dresów „Juicy Couture” oraz słodkiego, acz zadziornego charakteru bohaterek „Simple Life” Paris Hilton i Nicole Richie. Pomimo, że brzmi to świetnie, co przyznaję z bólem, zabrakło tu samej Slayyyter, która tylko użyczyła głosu swojej już istniejącej w Internecie wizji. Nie wykluczam, że jej debiutanckie dzieło mogło powstać z zamiarem bycia niegrzecznym i głupim, lecz by to zrealizować, potrzeba naprawdę dobrego autorskiego pomysłu, a tu moim zdaniem go zabrakło.
Slayyyer jest według jego autorki mixtapem, czyli luźniejszym wcieleniem albumu, gdzie poniekąd usprawiedliwionym jest wrzuceniu kilku niezwiązanych ze sobą do tej pory piosenek, choć może je łączyć jednolity styl ich produkcji. Jak pokazała to chociażby Charli XCX, której pochodzące z roku 2017 Number 1 Angel oraz Pop 2 były po brzegi wypełnione świetnymi, choć różnymi od siebie utworami, tak w przypadku dzieła Slayyyter było dla mnie wręcz nieznośnie monotonnie. Skoro twoją największą muzyczną inspiracją jest sama Britney, to śmiem twierdzić, że twoje kompozycje powinny obowiązkowo zapraszać mnie do niewinnego, choć dość erotycznego tańca. Jakkolwiek chciałbym się przyłączyć do imprezy spod szydłu Slayyyter i zakosztować jej twórczego przepychu, w moim przypadku skończyło się na podpieraniu ścian. Pomimo pomocy ze strony utworu Ur Man, które uratowało mnie przed wyłączeniem tego dzieła zupełnie, miałem poczucie przebywania na bardzo zblazowanej posiadówie najbogatszych studentów Yale. Choć produkcja tego dzieła jest wprost fantastyczna, to jest to komplement nic nie warty, gdy nie masz nic do zaoferowania od siebie, a szkoda. Slayyyer została zupełnie przytłoczona przez swoje melodie i na dobrą sprawę, gdyby pozbyć się jej wokali, dzieło to byłoby doznaniem zdecydowanie ciekawszym, niż to, co miałem nieprzyjemność usłyszeć.
Jak już wspomniałem, „najlepsze” zaczyna się gdzieś w połowie, wtedy przychodzi stosunkowo przyjemny tercet Ur Man, Daddy AF oraz Motocycle, by mogło je chwilę później zwieńczyć Tattoo, choć i do niego mam pewne zastrzeżenia. I tak naprawdę to tyle w temacie dobrych utworów w ramach Slayyyter, ponieważ pozostałe piosenki są mi zupełnie obojętne. Co trzeba przyznać, trzeba mieć talent nawet do robienia rzeczy złych, bo uczynić tak energetyczne melodie do szpiku kości nudnymi. Najgorszą propozycją z pozostałej dziesiątki jest dla mnie Cha Ching, które pogrążył mnie w zupełny letarg.
Slayyyter nie jest albumem złym, jest za obarczone dość sporymi dawkami nienatchnionej monotonii i wtórnej nostalgii. Muzyka do krótkich memicznych filmików wrzucanych do mediach społecznościowych – jak najbardziej. Muzyka jako dzieło prowokujące do myślenia, bądź sprawienia wręcz ekstatycznej radości – niekoniecznie. Niestety, debiut poniżej nawet zerowych oczekiwań. Slayyyter zabiła siebie, a Slayyter zabiło jej twórczą inwencję, jeśli jakąś kiedyś posiadała.
- Data premiery: 17 09 2019
- Single: BFF, Ghost, Candy, Alone, Mine, Daddy AF, Cha Ching

