11 lutego, po czteroletniej przerwie, z czwartym już wspólnym wydawnictwem powrócili Slash, Myles Kennedy i grupa The Conspirators. Czy album 4 to dowód na to, że klasyczny rock nie umarł i ma się nadal całkiem dobrze, czy wręcz przeciwnie?
We wrześniu 2018 roku ukazał się album Living the Dream, czyli trzeci wspólny projekt Slasha, Mylesa Kennedy’ego i The Conspirators. Niemal natychmiast po wydaniu krążka muzycy ruszyli w trasę koncertową, która trwała rok. Już podczas serii koncertów, promujących Living the Dream, Panowie, a szczególnie Slash, rozpoczęli pracę nad kolejnym materiałem, z którym mieli wejść do studia tuż po zakończeniu trasy. jednak cały proces zastopowała pandemia.
Prace nad nowym wydawnictwem zostały wznowione dopiero na początku 2021 roku – to wtedy ruszyły ponowne prace nad wersjami demo, na wiosnę zaś muzycy zjechali się na wspólną sesję do Nashville. Cały ten proces Slash określa jako wyjątkowy – dlaczego? Po raz pierwszy w wieloletniej współpracy gitarzysta, Kennedy i The Conspirators nagrali album razem, w całości na żywo, podczas bardzo krótkiej, bo dziesięciodniowej sesji. Wyjątkowość tego działania zawarła się także w fakcie, iż wszyscy muzycy (poza gitarzystą Frankiem Sidorisem) zachorowali na koronawirusa. Zaczęło się od Mylesa, który twierdzi nawet, że jego niedyspozycję słychać w piosenkach.
Czy tą sytuację, zaistniałą przy wsparciu producenta Dave’a Cobba, słychać na albumie, zatytułowanym 4? Czy przeciętny słuchacz jest w stanie wyłapać szczegóły, ewentualne błędy, które powstały w wyniku nagrań na żywo? Czy ten proces coś zmienił w brzmieniu muzyków? Czy pierwszy album, wydany pod szyldami wytwórni Gibson Records, to dobra prognoza na jej przyszłość? Czy 4 ma szansę przebić swoich poprzedników?
Zanim przejdę do recenzji płyty, chcę zwrócić uwagę na jeden aspekt – głos Mylesa Kennedy’ego. Uważam, że ten amerykański muzyk, gitarzysta, który zyskał rozpoznawalność i uznanie jako członek zespołu Alter Bridge, to jeden z najlepszych współczesnych wokalistów rockowych. Kennedy genialnie odnajduje się ze swoim sposobem śpiewania w każdym stylu ciężkiego grania – czy to mocny kawałek, czy szybki, czy bardziej refleksyjny, czy balladowy, nieważne – Myles wypada niesamowicie w każdym. Najlepszym dowodem na jego świetne warunki jest to, jak brzmi na żywo – a brzmi praktycznie tak samo jak na dopracowanym, zmiksowanym materiale. Myles Kennedy zyskał uznanie nie tylko Slasha, z którym nagrywa nowy materiał i świetnie wykonuje klasyczne kawałki Guns N’ Roses (jednak nie na obecnej trasie). Blisko było tego, by muzyk grał teraz nie z legendarnym gitarzystą, ale z byłymi członkami Led Zeppelin. Co tu dużo mówić, Kennedy cieszy się dużym uznaniem w środowisku – i słusznie.
Album 4 otwiera numer The River is Rising, wydany jako pierwszy singiel z płyty. Nie zachwycił mnie on wtedy i nie zachwyca teraz, nawet po dłuższym osłuchaniu. Ma jednak interesujące momenty, jak fajny refren z genialnym, wzniosłym śpiewem Mylesa czy świetną, dynamiczną solówkę, zwieńczającą całość. Mniej więcej na podobnym poziomie sytuują się The Path Less Followed i April Fool , z tym, że oba kawałki są nieco bardziej energiczne, a żwawe partie gitary nawiązują do brzmienia charakterystycznego przede wszystkim dla Apocalyptic Love, ale też Living the Dream.
Whatever Gets You By otwiera świetna partia perkusji w wykonaniu Brenta Fitza – cały utwór jest bardzo interesujący. Słyszycie w tle ten charakterystyczny, wspinający się, ciężki riff? Ciekawie głosem gra też tu Myles, przechodząc przez każdą niemal skalę głosu – od niskiego śpiewu, aż po krzyczący falset. Znów w ucho wpada szczególnie końcówka, gdy słychać fragment nagrania z sesji na żywo – zrobiło się klimatycznie. Fitz daje też niezły popis w Call Off The Dogs, czyli trzecim singlu z płyty – słychać (a na nagraniach z występu na żywo widać) jak świetnie się bawi przy tym konkretnym numerze. Całościowo to kawałek klasycznego rockowego grania.
Ten charakterystyczny dźwięk z początku C’est La Vie od razu przywodzi na myśl numer Caroline z Apocalyptic Love. Nic dziwnego – w obu Slash użył talk boxu, czyli sprzętu, który umożliwia muzykowi modyfikację dźwięku instrumentu. Talk Box kieruje dźwięk np. gitary do ust muzyka, za pomocą specjalnej, plastikowej rurki. Może on w ten sposób kontrolować i modyfikować brzmienie instrumentu – wystarczy, że będzie odpowiednio zmieniał kształt ust (świetnie widać to w nagraniu z występu w Studios 60). Ten charakterystyczny dźwięk, to najlepsze i najciekawsze, co daje nam ten kawałek. Jakoś brak mu werwy, a wokal Kennedy’ego brzmi trochę jakby był znudzony, chociaż w refrenie świetnie współbrzmi z Toddem Kernsem.
Od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że muzycy dokonują dziwnych wyborów, jeśli chodzi o utwory promujące album, czy to jeszcze przed jego wydaniem, czy już po. Actions Speak Louder Than Words to najmocniejsza pozycja na płycie – charakterystyczny, szybko wpadający w ucho riff, prosty, ale inteligentny tekst, ewidentnie odnoszący się do okresu pandemii i ten niemal mówiony refren. Ta kompozycja idealnie nadaje się na singiel, ma w sobie coś wyjątkowego, natychmiast wpada w ucho – myślę, że dużo lepiej sprawdziłaby się jako pierwszy singiel z 4, niż The Rivers is Rising. Actions Speak Louder Than Words dużo lepiej oddaje ten sesyjny charakter krążka. Swój klimacik, ma też kolejny na trackliście utwór, czyli Spirit Love. To taka nieco tajemnicza opowieść – jak tylko pierwszy raz usłyszałam ten kawałek, pomyślałam, że brzmi trochę jak kontynuacja genialnego singla Anastasia ze wspomnianego już Apocalyptic Love.
Wraz z Fill My World robi się nieco bardziej nostalgicznie. To bardzo udany numer, wydany jako drugi singiel z albumu, świetnie łączy ze sobą żywe, mocno rockowe brzmienie z emocjonalnym wokalem. Dlaczego warto szczególnie zwrócić uwagę na Fill My World? Myles Kennedy, który napisał tekst do piosenki, zdradził, że mówi on o jego.. psie. Inspiracją do jej powstania stała się sytuacja, gdy muzyk obserwował przez kamerkę przerażenie swojego zwierzaka, będącego w domu samemu podczas burzy. Takiej dozy wrażliwości właśnie potrzebuje i taką mocno doceniam, gdy rockman próbuje zrozumieć i przekazać emocje swojego małego przyjaciela. Zostaje mocno w serduszku, dokładnie tak jak zamykająca płytę, przepiękna, majestatyczna ballada Fall Back To Earth. Niekoniecznie lubię spokojne kawałki z poprzednich płyt, jakoś tak wolę Mylesa z bardziej charakternym wokalem, a Slasha i Konspiratorów w szybszym graniu, ale ta kompozycja to prawdziwe złoto. Ponad sześć minut wspaniałej muzyki, świetnego riffu, wzniosłego wokalu i masy emocji. Wygląda na to, że akurat w przypadku 4 to właśnie te nastrojowe utwory wypadają najbardziej interesująco.
Klasyczne rockowe granie – wiem, że użyłam tu tego określenia kilka razy, ale naprawdę, ten zwrot towarzyszył mi za każdym razem, gdy słuchałam 4. Czy tu dzieje się coś innego, mocno wyróżniającego się, w stosunku do poprzednich albumów muzyków? Niekoniecznie, więc ktoś, kto spodziewał się totalnych nowości, szczególnego, innego, może bardziej współczesnego podejścia do rockowego grania, romansującego np. z alternatywą, będzie zawiedziony. Ja na początku byłam. Musiałam osłuchać się z tym albumem, kilka razy wrócić do poprzednich wspólnych dokonań artystów, by zrozumieć, że tak musiało być i w ich przypadku już zawsze tak będzie.
Slash, w towarzystwie Mylesa Kennedy’ego i grupy The Conspirators, jawi się tu jako prawdziwa ostoja klasyki, niemal rockowego konserwatyzmu. Fakt, iż cały album powstał w studio, jak za dawnych czasów się to działo bardzo często, jeszcze bardziej wzmaga to wrażenie. Nie uznałabym jednak tego za cechy negatywne – 4 świetnie pokazuje, że nawet na klasykę można spojrzeć dość świeżo, a całość stworzyć, skleić tak, by brzmiała ona spójnie. Bo na tej płycie słychać nawiązania do heavy-metalu, grunge’u, glam rocka lat ‘80, ale to się zupełnie nie wyklucza.
Już w wywiadach Slash mówił otwarcie, że w trakcie prac nad projektem powstało dużo więcej utworów (na 4 jest ich tylko dziesięć, a całość trwa nieco ponad 43 minuty), które trafią na kolejne wydawnictwo, nie wiadomo jednak, czy także ono powstanie z udziałem Kennedy’ego i Konspiratorów. Nie da się ukryć, że ta wyjątkowa formacja się sprawdza, Panowie bardzo dobrze wspólnie brzmią – Myles i Todd genialnie uzupełniają się wokalnie, tak jak Slash i Frank na gitarach. Myślę, że ta współpraca, która w tym roku świętuje swoje dziesięciolecie, będzie działać nadal. Po 4 widzę jednak, że nie można się nastawiać, że będą to jakieś nietypowe eksperymenty muzyczne, tylko kawał porządnego, klasycznego podejścia do rockowego grania – i tego właśnie najpewniej możemy się spodziewać po kolejnych wydawnictwach spod szyldu Gibson Records.
- Data premiery: 11 02 2022
- Single: The Rivers is Rising, Fill My World, Call Off The Dogs
