Sigur Rós – Kveikur (2013), recenzja Joanny Niewiadomskiej

Już po raz siódmy w ciągu dziewiętnastu lat islandzka Róża Zwycięstwa wydaje album. Premiera krążka miała miejsce 12 czerwca 2013 roku. Płyta nosi tytuł Kveikur.

Łatwo można policzyć, że prawie raz na dwa- trzy lata fani zespołu mogą cieszyć uszy nowym tworem grupy. Tym razem jednak bez jedynego oficjalnie wykształconego muzycznie klawiszowca – Kjartana Sveinssona. Niezmienny pozostaje falsetowy wokal Jóna Þór Birgissona1, bas i dzwonki Georga Hólma2 oraz perkusja Orri Páll Dýrasona3.

Gwoli przypomnienia, zespół powstał w 1994 roku w Reykjavíku. Ich muzyka to post-rockowe brzmienia, niestroniące od dźwięków elektrycznych skrzypiec, keyboardu, banjo, dzwonków czy też harmonijki ustnej. Utwory z płyty Ágætis byrjun pojawiły się na ścieżce dźwiękowej do filmu Vanilla Sky. W Polsce, zespół grał już parokrotnie, m.in. w 2006 roku na Heineken Open’er Festival w Gdynii, w 2008 w warszawskim parku Sowińskiego oraz, całkiem niedawno, w 2012 roku na festiwalu Sacrum Profanum. Ich koncerty to uczta muzyczna i duchowe przeżycie. Muzycy generują wrażliwe, choć nie zawsze delikatne dźwięki, poruszające u odbiorców struny wzruszenia. Wiele osób przyznaje się do uronienia łzy, a nawet płaczu podczas ich występów. Osobiście polecam obejrzenie filmu dokumentalnego Sigur Rós.

Sukces muzyczny kryje się w oryginalności, ale także w umiarze. Artyści niezwykle umiejętnie wyważyli dawki emocji, które dosypują do swoich utworów. Ich brzmienie jest na tyle charakterystyczne, że nie sposób ich pomylić z innym zespołem. Płyta Kveikur, jak już wspominałam, została osierocona przez Kjartana Sveinssona. Wielu obawiało się efektów pracy muzyków bez tego jakże ważnego elementu. Sveinsson to multinstrumentalista. Jego eksperymenty muzyczne wnosiły zawsze coś nowego do utworów. Po odsłuchaniu najnowszej płyty można jednak odetchnąć z ulgą. Jak od każdej innej wieje od niej świeżość. Już sam singiel promujący album Brennisteinn, jest różny od tego co mieliśmy okazję słyszeć do tej pory. Przez czerń spozierającą z okładki płyty, wielu recenzentów spekulowało nad mrocznością wydobywającą się z krążka. Jest to jednak spora przesada. Sigurzy w dalszym ciągu mają jedyną i niepowtarzalną wrażliwość, melodyjność. Płyta jest między innymi odpowiedzią na odejście jednego z członków grupy i to zapewne da się wysłuchać w utworach. Krzywdzącym jednak byłoby stwierdzenie, że to tyle i kropka. Kveikur to naturalny szczebel w drabinie rozwoju grupy. Utwory są co prawda mocniejsze i mroczniejsze, nie są jednak pozbawione dawnej lekkości. Ot co. Na album składa się dziewięć utworów.

http://youtu.be/aV2IkSpRPtU

Najcięższa ze wszystkich piosenek jest Kveikur, można ją określić mianem post-metalowej i ambientowej. Ma dosyć mocną perkusję (zresztą perkusjonalia wiodą prym na całym krążku) ale i charakterystyczny dla Sigurów chaos. Równie mocny okazuje się Brennisteinn. Wszystko łagodzi jednak falsetowy wokal Birgissona, który nie jest jednak tak usypiający, melancholijny jak np. w Valtari. Jeśli ktoś jest spoza Islandii i chciałby wychwycić pojedyncze słówka w jego śpiewie- w dalszym ciągu znajduje się na przegranej pozycji. Rozśpiewane i rozciągnięte… ale piękne. Reszta utworów nie jest już aż tak mocna, jest bardziej melodyjna. Przypomina kołysankowe wydawnictwa Sigurów i nadużyciem jest określanie całej płyty jako agresywnej, bo po prostu to guzik prawda. Krążek można porównać do snu. Jak Valtaria była kołysanką, tak ta płyta jest przekrojem marzeń sennych – od koszmarnych po piękne i optymistyczne.

Sigur Rós przyzwyczaiło nas do dobrej muzyki. I także tym razem nie zawiodło. Można śmiało wrzucać do odtwarzaczy.

http://youtu.be/Nj41Gz-B4OA

sigur-ros-kveikur

Czytaj również