Amerykański zespół muzyczny Garbage po części zasmucił wszystkich swoich fanów informacją o pożegnalnej trasie koncertowej. Jak jest naprawdę i czego możemy oczekiwać w przyszłości?
Zaczęło się od nieco przewrotnym tytule trasy po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku – Happy Endings. Wierni fani od razu poczuli się zaniepokojeni, że ich ukochany zespół odchodzi i już nigdy więcej nie zagrają na żywo, nie nagrają kolejnej płyty i w ogóle koniec wszystkiego. Nie obyło się bez spekulacji, a amerykańskie media od razu podchwyciły temat. Już pomijając kwestię poprzednich newsów z ich strony odnoszących się do wieku i wyglądu członków formacji.
20 sierpnia bieżącego roku wokalistka, Shirley Manson, zamieściła na swoim Instagramie wpis informujący o… końcu? Najpierw wspomniała o próbach, lecz najbardziej – dla wielbicieli – niepokojąca treść została napisana tak:
(…) Takie życie, moi przyjaciele. Nic nie pozostaje tak samo wiecznie. Wszystko musi się zmieniać. Wszystkie piękne rzeczy dochodzą do końca.
Niedługo po tym, Butch Vig wspomniał, że zamierzają – jako pełny skład Garbage – w przyszłości wydawać więcej muzyki. Wobec tego, na jednym koncercie zespołu (a dokładnie to w Waszyngtonie) Manson wypowiedziała się o całej sytuacji. Cytując słynne powiedzenie; jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tylko w tym przypadku jest to smutne powiedzenie biorąc pod uwagę, że muzycy nie zarabiają.
Z całym zespołem zdecydowaliśmy, przez aktualną ekonomię w świecie muzycznym, ograniczyć naszą działalność koncertową. (…) Złodziejstwo przemysłu fonograficznego sprawiło, że trasy koncertowe stały się bardzo trudne. (…) Martwię się o młodych muzyków, którzy jeżdżą w trasy koncertowe i mają pracę – biorą dwa tygodnie wolnego, a jeżdżą po kraju. Czasami śpią w furgonetkach, a czasami zatrzymują się w naprawdę podejrzanych motelach. to jest niebezpieczne, serio niedopuszczalne i to musi się skończyć. (…) Sytuacja ekonomiczna stała się nie do wytrzymania, więc to właściwie ostatni raz, kiedy postanowiliśmy wsiąść do busu i zwyczajnie ruszyć w trasę koncertową po Ameryce Północnej. (…) Wątpię, żebyśmy kiedykolwiek jeszcze tak zagrali.
Co ciekawe, Shirley dodała:
(…) W branży muzycznej mówiono nam czasem, że jesteśmy starzy, że się skończyliśmy, że nikogo nie interesujemy, że wszyscy mają w dupie to, że nikt nie chce nas puszczać w radiu i nikt nie chce z nami przeprowadzać wywiadów. A potem pojawiliście się wy. (…)
Przy innym koncercie (w Atlancie) artystka dodała, że Garbage dostaje zaledwie 5% kwoty ze wszystkiego, co zarobią.
Pięć procent.
Garbage ogólnie będzie występować, tylko mniej i na pewno nie z takimi dużymi trasami koncertowymi, jak teraz. Prawdopodobnie będą celować w – tak zwane – koncerty okazyjne i festiwale. Nie tak dawno, bo kilka dni temu, na platformie Threads pojawiła się od nich informacja, że zamierzają niebawem odwiedzić Nową Zelandię i Australię z trasą Happy Endings. Wciąż nie wiadomo jeszcze nic o Europie.
Warto jednak się na chwilę zatrzymać i zastanowić do czego doprowadzić może przemysł fonograficzny muzyków oraz osób chodzących na koncerty – ogólnie, na całym świecie. Logiczne jest to, że nam wszystkim największe problemy sprawiła pandemia koronawirusa i późniejsza inflacja, ale czy pewne agencje koncertowe – kierując się zapewne żądzą pieniądza wyłącznie dla siebie – nie poszły przypadkiem za daleko? Już ceny poszczególnych biletów szokują, lecz jeśli są artyści, którzy nie zarabiają praktycznie nic, to quo vadis branżo koncertowa?
No dobrze. Jak już się do nas (albo do sąsiadów) Garbage wybierze, to zamierzacie pójść na ich koncert?


