Ten rozwój kariery znają w obecnych czasach już wszyscy: od coverów publikowanych na portalach społecznościowych przez debiutancki singiel, album aż do numerów jeden na różnorakich światowych listach i zapełnionych aren na koncertach. To właśnie przez takie portale przeżywamy obecnie wysyp młodych wokalistów, mniej lub bardziej utalentowanych i zasługujących na rozwijającą się w zawrotnym tempie karierę. A gdzie w tym wszystkim uplasuje się młody Kanadyjczyk Shawn Mendes ze swoją debiutancką płytą Handwritten?
Odpowiedź brzmi: dosyć wysoko. I choć pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi na myśl, śledząc rozwój Shawna to Justin Bieber, to tutaj pojawia się jednak przepaść, bo tych dwóch wokalistów łączy jedynie Kanada i portale społecznościowe.
Mendes rozpoczął swoją karierę jednak nie przez najpopularniejszego w tej dziedzinie YouTube’a, a przez portal Vine, zamieszczając jedynie sześciosekundowe nagrania. To wszystko rozwinęło się w tak szybkim tempie, że podczas gali Teen Choice Awards 2014 wygrał w kategorii Choice Webstar: Music, a 14-go kwietnia tego roku nakładem Island Records (która również jest wytwórnią Biebera) swoją premierę miał debiutancki krążek niespełna siedemnastoletniego wokalisty, Handwritten, który podbił listy sprzedaży w wielu krajach, przede wszystkim w USA i Kanadzie.
Głos Shawna Mendesa jest przyjemny dla ucha, nie irytuje, nie męczy i nie jest jednym z tych, które przełączyłabym natychmiast, ba, w ogóle bym go nie przełączyła. Nie jest on tak wyjątkowy jak niektóre głosy występujące obecnie na rynku muzycznym, jednak na tyle dobry, by nie zmęczyć się słuchaniem płyty po dwóch utworach.
Handwritten to przede wszystkim dźwięki gitary akustycznej, w większości stonowane melodie, które łatwo wpadają w ucho i już po chwili samoistnie nuciłam je pod nosem (może to też kwestia tego, że utwory z tej płyty często pojawiają się na różnorakich playlistach Spotify, których słucham w pracy). Muzyka i teksty wydają się idealnie dopasowane do wieku wokalisty i tego, w jakim nurcie muzycznym postanowił się poruszać: cały album to dosyć subtelny pop z domieszkami soulu, choć w obecnych czasach trudno jednoznacznie zdefiniować gatunki muzyczne, o czym doskonale wiemy.
Płytę otwiera kawałek Life Of The Party, który dźwiękami pianina wprowadza nas w stylistykę kolejnych utworów, by odrobinę przyspieszyć przy refrenie. Tekst opowiada o jednym z obecnie popularnych wśród młodych artystów temacie – byciu odważnym i wyjściu do świata, niezamykania się w sobie i byciu pewnym siebie. Następnie mamy to, o czym można pisać przez nieskończenie wiele lat, a wokalistom, zespołom i ich fanom nigdy się nie znudzi: miłość, złamane serca, różne oblicza tego uczucia. I choć Stitches nadaje płycie szybszego tempa, to już kolejne Never Be Alone ponownie je spowalnia. Nie jest to złe, jedyne, co może nieco wybijać z klimatu piosenki to wygwizdywana melodia, która moim zdaniem mogłaby zostać pominięta.
Kid In Love to sympatyczna melodia, która kojarzy mi się z przedziałem wiekowym samego Shawna. Głowa się buja do rytmu, jednak piosenka sama w sobie nie przykuła mojej uwagi, podobnie jak utrzymane w takim samym tonie I Don’t Even Know Your Name. Po tych dwóch utworach następuje jednak dosyć drastyczna zmiana, czyli najszybszy i najbardziej żywy numer z całej płyty: Something Big. Niby wszystko w nim gra, jednak coś nie do końca pasuje i to uczucie zostaje ze mną przez cały czas trwania tego kawałka. Nie jestem jednak w stanie określić, co dokładnie mi przeszkadza; może jest to związane z tym, jak bardzo piosenka wyróżnia się na tle całej płyty, nieco zaburzając jej spójność? Możliwe.
Z kolejnych numerów na największą uwagę zasługuje dosyć liryczne A Little Too Much, będące prostą, mało skomplikowaną balladą, przy której jednak powieki same mi się przymknęły, wsłuchując się w tekst. Cały album zamyka utrzymane w podobnym nastroju do swojego poprzednika This Is What It Takes, które choć idealnie wpisuje się w całość, to lepiej prezentowałoby się wyżej tracklisty, chociażby zamieniając się miejscami z Something Big.
Podsumowując, płyta jest… sympatyczna. Nie jest to ani negatywne ani zbyt pozytywne stwierdzenie. Z pewnością trafia do młodych słuchaczy (pewnie w większości słuchaczek, jak to w takich przypadkach bywa) i na pewno jest to lepsza i prawdopodobnie bardziej utalentowana wersja Justina Biebera, choćby ze względu na fakt, że po prostu przyjemniej się tego słucha niż przepakowanych efektami utworów Justina.
Ja do Handwritten z pewnością wrócę, jeśli nie w domu, to w pracy, by umiliła mi czas.


