Sex, drugs & rock and roll – gwiazdy rocka myślą tylko o jednym. Czy na pewno? Felieton Kuby Koziołkiewicza

Sex & Drugs & Rock & Roll – Ian Dury, brytyjski piosenkarz rockowy, wydając w 1977 roku swój właśnie tak zatytułowany singiel, raczej nie spodziewał się, że zawarte w nim 3 proste słowa, staną się jedną z mantr tego ewoluującego wtedy gatunku. Swoistymi przykazaniami w mrocznej biblii rocka. Przez nie wizerunek rockmana automatycznie kojarzy nam się z osobą hedonistyczną, pijącą i ćpająca przed, w czasie, i po koncertach, oraz otaczająca się dziesiątkami łatwych dziewczyn, które raczej nie czekają na filozoficzne rozmowy o sensie ludzkiego istnienia. Jim Morrison, Mick Jagger, Jimi Hendrix, Robert Plant – mógłbym tak bez końca wymieniać muzyków idealnie wpasowujących się w wykrystalizowany kilkadziesiąt lat temu wzorcowy model. Każdy z nich prócz uzależnienia od alkoholu i narkotyków, oddawał się w całości przygodnemu seksowi z atrakcyjnymi kobietami, o które przecież gwiazdom rocka nie trudno. Jazz jest piękny i perfekcyjny, pop – miękki i cukierkowy, a rock – brudny i bezkompromisowy. Taki jak ludzie go wykonujący. Zaraz… czy na pewno?

Paul Hewson to osoba bardzo rodzinna – szczęśliwy ojciec czwórki dzieci, które wychowuje wraz z małżonką, poślubioną w 1982 roku. Przyrzekając sobie miłość aż po grób, młodzi mieli skończone ledwie 20 lat. Zero perspektyw, niewiele pieniędzy – tylko miłość i wiara, że jakoś to będzie. Wprawdzie Paul grał w post – punkowym zespole, ale niestety bogactwa to nie przynosiło. Dopiero po paru latach jego kapela zaczęła podbijać światowe rynki muzyczne, a punktem kulminacyjnym pierwszej dekady ich zawodowej działalności był album The Joshua Tree, zawierający nieśmiertelny przebój With Or Without You. A, bym zapomniał, Paul Hewson to prawdziwe imię i nazwisko Bono, a tą kapelą jest U2. Dokładnie ten sam zespół, którego prawie dwuletnia trasa koncertowa 360° Tour przyniosła zysk ponad 730 milionów dolarów. Bono to gwiazda rocka – a jeżeli ktoś w to wątpi – nie powinien nawet nazywać się fanem tego gatunku. Stworzył on swój własny i niepodrabiany wizerunek, którego częścią składową jest właśnie długoletni związek ze swoją jedyną miłością – Alison. Lub po prostu: Ali.

Para poznała się na początku lat 70., kiedy to przyszły lider U2 i przyszła żona lidera U2 mieli niewiele ponad 10 lat. Ich szczenięca miłość przerodziła się w piękny związek, trwający już niemal 4 dekady. Pomimo zdobywania coraz to wyższych szczytów muzycznych Himalajów, Bono nigdy nie poddał się pokusie zasmakowania „czegoś nowego”. Mając taką pozycje w świecie mógł przebierać wśród młodych, seksownych modelek, które dla kasy i sławy zrobiłyby wszystko. On jednak zamiast zaliczać kolejne naiwne dziewczyny, pielęgnował małżeństwo, czego owocami są ich dzieci: Jordan, Eve, Elijah i John. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – Bono to nie pantoflarz, który po wypiciu popołudniowej herbatki kładzie się do łóżka i czyta irlandzką poezję. Nic z tych rzeczy – lider U2 lubi i potrafi imprezować. W książce Bono o Bono wspomina, że czasem, gdy się nudzi, dzwoni do któregoś ze swoich kumpli i umawia się z nim na drinka w… Afryce. Tak, kupa pieniędzy wpływa na to, że można sobie pozwolić na taki „drobiazg” jak prywatny samolot. Albo kolejna historia: na początku lat 90. U2 koncertowali w Japonii. Po jednym z występów tak popili, że Bono nie do końca wiedział, co się wokół niego dzieje. Jakież było jego zdziwienie, gdy rano obudził się w obleśnej spelunie z wężem boa wokół własnej nogi… Rock and roll to rock and roll, ale w tym wszystkim jest miejsce na stworzenie szczęśliwej i kochającej się rodziny.

Bon Jovi to kapela, która od kilku lat wymienia się z U2 pierwszą pozycją w zestawieniu najbardziej dochodowych tras koncertowych. Gdy akurat jedni robią sobie przerwę w graniu, drudzy wskakują na ich miejsce. I tak w kółko. Na czele tej legendy amerykańskiego rocka stoi John Bongiovi, znany nam wszystkim jako Jon Bon Jovi – przystojny blondyn, w którym podkochiwały się nasze mamy. Jego czarujący uśmiech zapewne nie raz doprowadził do utraty przytomności wiele z napotkanych przez niego fanek. Pomimo tego, że w latach 80.tych każda amerykańska nastolatka miała w swoim pokoju plakat Jona z natapirowanymi włosami a’ la pudel i odsłoniętą, owłosioną klatą, on sam nie zważał na te zachwyty. Zakochany był po uszy w swojej licealnej miłości – Dorothei Hurley. Para wzięła ślub w 1989 roku, a ich szczęśliwe małżeństwo trwa do dziś. Doczekali się – podobnie jak Bono ze swą małżonką – czwórki dzieci. Co ciekawe, wokalista Bon Joviego jest jakby zupełnym przeciwieństwem gitarzysty zespołu – Richiego Sambory. Jon to przystojny, szczupły blondyn, Richie – przeciętny brunet z solidnym brzuchem piwnym. Gdy Jon od ponad 20 lat jest w związku małżeńskim z jedyną życiową miłością, Richie od 2006 roku, kiedy to rozwiódł się ze swoją żoną Heather Locklear, prowadzi hulaszczy tryb życia, którego elementem są związki z modelkami, szukającymi przepustki do świata pieniędzy i sławy.

American Idiot to album, bez którego ciężko wyobrazić sobie zestawienie najlepszych rockowych płyt pierwszej dekady XXI wieku. Krążek ten jest ukoronowaniem wieloletniej działalności Green Day’a, i mimo, że kapela nadal gra i ma się dobrze, takiego dzieła już raczej nigdy nie stworzy. Album został wydany w 2004 roku, czyli dokładnie 10 lat po ślubie lidera zespołu – Billiego Joe Armstronga – ze swoją ukochaną – Adrienne Nesser. Tak, tego gościa, który w czasie koncertów udaje, że kopuluje z puzonem swojego kolegi. Jednak te często infantylne i dziecięce zachowania lidera Green Day’a nie wpływają negatywnie na jego małżeństwo. Para w lipcu tego roku świętowała 20 rocznicę ślubu, wraz ze swoimi nastoletnimi synami: Josephem i Jakobem.

Przypadek Billiego jest trochę inny, niż dwa poprzednie. Armstrong – w przeciwieństwie do Bono i Jona – musiał o swoją miłość powalczyć. I to bardzo intensywnie.

Przyszli małżonkowie poznali się jeszcze w latach 80., kiedy Adrienne studiowała socjologię na Minnesota State University. Ich nastoletnia znajomość przerodziła się w licealną miłość, którą zwieńczył pierwszy pocałunek, opisany zresztą przez Armstronga w wydanym na płycie Kerplank! utworze 2,000 Light Years Away. Album ten miał premierę w 1992 roku, czyli wtedy, gdy Adrienne była już zaręczona. I to bynajmniej nie z Billim Joe Armstrongiem, a Billym Bissonem z zespołu Janis Figure – imiona prawie identyczne, ale ich posiadacze już nie. W tamtym czasie związek ten już podupadał, dlatego Billie Joe nie mając nic do stracenia poprosił Adrienne, by wyjechała z nim do Kalifornii i za niego wyszła. Przyszła pani Armstrong bez zastanowienia przyjęła te swoiste oświadczyny. Pomimo, że decyzja o ślubie była bardzo spontaniczna, ich małżeństwo trwa do dnia dzisiejszego, i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić.

Ghost Stories – szósty studyjny album grupy Coldplay – to wydawnictwo bardzo ponure, mętne i pozbawione przebojowości. Zdecydowany wpływ na takie brzmienie płyty miało rozstanie lidera zespołu – Chrisa Martina – ze swoją żoną – Gwyneth Paltrow. Martin to przykład bardzo nietypowego rockmana, gdyż poza wykonywaniem przez niego tego gatunku, nie wiąże go z nim nic więcej. O ile Bono, czy Jon Bon Jovi raczej za kołnierz nie wylewają, to Chris nie pije i nie pali, a do zeszłego roku był przykładnym mężem z ponad 10 – letnim stażem.

Lider Coldplay’a to swoisty ewenement – w czasach, gdy alkohol, fajki, narkotyki i przypadkowy seks to stały element życia muzyka, on sam od nich stroni. Papierosów nie palił nigdy, w życiu swym upił się tylko raz, kiedy to podjął ciężką dla niego decyzję o wyrzuceniu z zespołu perkusisty, którego zastąpił obecny pałker kapeli Will Champion, a dziewictwo stracił w wieku 22 lat – ze swoją świeżo poślubioną żoną.

Poznali się w 2002 roku, kiedy to Gwyneth wybrała się na jeden z koncertów jej przyszłego męża. Coldplay osiągnął wtedy status międzynarodowej gwiazdy po tym, jak listy przebojów na całym świecie podbiła ich minimalistyczna kompozycja Yellow. Gdy spotkali się po raz pierwszy, od razu między nimi zaiskrzyło, pomimo tego, że byli wtedy dla siebie zupełnymi przeciwieństwami. On – podchodzący z brytyjskiej klasy średniej szczeniak, który dopiero smakował życia gwiazdy. Ona – wywodząca się z elitarnej rodziny hollywoodzka gwiazda, znana z takich filmów jak Se7en, która poszukiwała szczęścia po kilku rozstaniach, m.in z Bradem Pittem. Co zabawne, Martin w jednym z wywiadów przyznał, że przez pierwszy okres związku czuł lekki dyskomfort spowodowany tym, iż były chłopak jego żony to wzbudzający szybsze bicie serca u znacznej części kobiet na naszej planecie Pitt. Pomimo doczekania się dwójki dzieci i całkiem długiego jak na show – biznesowe standardy związku, małżeństwo Chrisa Martina i Gwyneth Paltrow jest już przeszłością. W marcu tego roku oboje ogłosili separację. Spośród wszystkich przytoczonych dzisiaj przeze mnie historii to jedyna, której zakończenie nie jest zbyt szczęśliwe.

Pomimo tego, że bardzo wielu przedstawicieli gwiazd rocka to – użyję terminologii zaczerpniętej z Warsaw Shore – ruchacze i dymacze, są wśród nich pojedyncze jednostki, którym zdecydowanie daleko do tego typu zachowań. Oczywiście zdecydowana większość rockmanów praktykuje hasło sex, drugs & rock and roll w 100 procentach, jednak powyższe cztery historie pokazują, że status rockmana nie musi być automatycznie połączony z nałogowym zaliczaniem fanek. Każdy z wyżej wymienionych muzyków mógł zdradzić swoje żony, ale tego nie zrobił. Pomimo faktu, że część z nich okazjonalnie pije, i prawdopodobnie brała narkotyki (Billie Joe Armstrong nawet się z tym nie kryje), to w całym swoim życiu gwiazdy zrezygnowali z pierwszego członu hasła, które rozpoczęło dzisiejszy felieton (rozumianego oczywiście w kontekście przygodnego seksu – dzieci nie podrzucił im przecież bocian). Nie dlatego, że ktoś ich do tego zmuszał – to przecież nie gimnazjum. Zrobili to, bo pokochali swoje dziewczyny tak mocno, że nie wyobrażali sobie spędzenia bez nich życia. Jednak gwiazda rocka może być romantykiem.

Czytaj również